3 sierpnia 2017

Rodzicielski `dobry ton`

Dziś dzielę się z Wami krótkim 'podręcznikiem' bon tonu dla rodziców, który znalazłam w książce "Pierwsze kroki wśród ludzi" Hanny Olechnowicz wydanej w 1971 roku.





Informacje w nim zawarte niby oczywiste i rodzicom powinny być wiadome, a jednak mimo to zachęcam Was do lektury, bo stałe warto się odnawiać w dobrym, także w dobrych rodzicielskich nawykach. A zatem miłej lektury :)



















31 lipca 2017

Życie poporodowe

Bałam się. Bałam się jak będzie wyglądała rzeczywistość "po". Obawy o to, czy "normalne" życie z trójką dzieci jest możliwe towarzyszyły mi podskórnie i czasem nie pozwalały spokojnie spać w ciągu długich dziewięciu miesięcy ciąży. Niepewność, czy przy trójce dzieci znajdzie się czas dla siebie, chwilę na odpoczynek, czy ogarniemy wyjścia w plener, zakupy, troskę o relacje, o siebie, o dom, o swoją refleksję nad życiem, o swój spokój, który przecież i rodzicom trójki jest czasem niezbędny, by nie zakopać się w sprawach tylko przyziemnych. 

Bałam się.

Ale poród w jakimś sensie samoistnie rozkruszył we mnie obawy. Przyniósł mi jakąś głęboką zgodę na "nową drogę życia" z kolejnym maleństwem, choć tego dnia nie mogłam przewidzieć co przyniosą dni kolejne.




Powrót do domu przyniósł duży spokój. Dzieci szybko zaaklimatyzowały się z Małą D. Okazało się, że potrafią się sami dość dobrze zorganizować i jeszcze nawet pomóc, że cieszą się swoją nową "towarzyszką". Że na spacerach starają się być blisko i są na tyle grzeczni i słuchają, że nie muszę drżeć, czy bezpiecznie przemierzymy z wózkiem jakiś odcinek drogi do pokonania. Okazało się, że przy trójce można się rodzinnie lepiej zorganizować niż przy dwójce. Być może to kwestia wprawy i nabytego wcześniej doświadczenia, ale też chyba tego nowego małego Człowieka, który pojawił się w domu i dał jakieś nowe natchnienie i siłę, by "się chciało", by cieszyć się sobą nawzajem i tym, jaką rodziną jesteśmy.




Oczywiście - to czas, gdy większość doby mała D. spędza na spaniu, więc jeszcze nie czuje się pewnych obciążeń aż tak bardzo jak wtedy, gdy D. zacznie siedzieć, raczkować czy chodzić, ale też dzięki temu możemy pomału wchodzić w tą nową rzeczywistość, uczyć się funkcjonowania z trójką dzieci, nabierać nowych doświadczeń i zbierać pomysły na bycie razem w większym składzie. Sprzyja temu wszystkiemu lato - które daje możliwość skorzystania z pogody i wspólnych wyjść. 

Nie wiem co przyniosą kolejne miesiące. Mam nadzieję, że będą podobnie spokojne i dobre. I mam wrażenie, że to mi wystarczy. Bo urodzenie kolejnego dziecka dało mi jakąś dużą, wewnętrzną wolność. Cieszę się teraźniejszością. Bezcennymi momentami, gdy zerkam na emocjonujące się małą D. dzieci, które ją przytulają, a nawet - jak się kilka razy już zdarzyło - płaczą ze wzruszenia, gdy patrzą na swoją siostrę :)

Bo być mamą i tatą Trójki, jest - jak się okazało - doświadczeniem bardzo wyjątkowym. I pięknym...


C.D.N...



28 czerwca 2017

"Jak bardzo trzeba wybrać, aby urodzić..."

Gorące czerwcowe popołudnie. 
I chyba jeszcze bardziej męczący wieczór, który mimo zachodu słońca nie daje ukojenia od wszechobecnego ciepła...
Próbuję nie poddać się zmęczeniu, bo mimo że to już moja trzecia ciąża, nie zwykłam przez te ostatnie osiem miesięcy dawać sobie taryfy ulgowej. Zresztą nawet gdybym chciała, przy dwójce dzieci nie zawsze była taka możliwość. Ale choć wzbraniam się rękami i nogami przed leżeniem i odpoczywaniem, osłabienie jest czasem silniejsze. 
Kompletuję stopniowo rzeczy do szpitala, dokupujemy też resztę tego, co po porodzie będzie jeszcze konieczne w domu. Na szczęście pokój, łóżeczko itp. "elementy" są już gotowe...




Ale zewnętrzna gotowość, to tylko połowa sukcesu. 
Druga dokonuje się wewnątrz...
Im bliżej terminu, tym więcej myślę o szpitalu, o czekającym po raz kolejny bólu, o wracaniu potem do pełni sił już nie przy dwójce, ale już trójce dzieci.
To wzrastanie w odwadze potrzebuje we mnie swojego czasu i tempa. Dojrzewam w tym i nie boję się o tym mówić, bo jest to część mnie. 

Na nowo powracam przy okazji do słów odnalezionych ostatnio tropem lektury Myślenia w żywiole piękna Tischnera, aczkolwiek należących do Wojtyły: "Pomyślcie wszyscy: jak bardzo trzeba wybrać, aby urodzić. Nie pomyśleliście o tym. Aby urodzić, trzeba bardziej jeszcze wybrać, niż aby stworzyć" (Promieniowanie ojcostwa). 

Rodzenie to zgoda. Zgoda na ból, przez który jak przez bramę przechodzi nowy człowiek. Zgoda na jego istnienie, które zaczyna się i nigdy się nie skończy, zgoda na to, by - jak ktoś kiedyś powiedział - twoje serce egzystowało w tym nowym człowieku poza tobą. Zgoda na jego wzrastanie, inność, indywidualność. Zgoda na miłość, która nie może się znudzić, bo czeka na wierność, na zawsze, na wieczność. 





Dopóki nie urodziłam pierwszego dziecka, chyba nigdy nie uświadamiałam sobie tego aż tak mocno, że rodzicielstwo, to "wiązanie świata najmocniejsze" (to znów Wojtyła), że "wiąże mnie nie tylko z dzieckiem, ale wiąże mnie także we mnie - w sobie samym jestem związany (...). Jeśli miłuję, muszę stale wybierać ciebie w sobie, muszę stale rodzić siebie i stale rodzić się w tobie" (Promieniowanie ojcostwa).

Rodzenie trwa. Dzieje się każdego dnia. Gdy uczę się siebie zarówno jako człowieka, ale też jako matki, ale też gdy uczę się swoich dzieci. To proces, który angażuje, którego czasem się lękam, jak jest wielki, ale też proces, na którym przecież jakoś opiera się życie i który to życie napełnia sensem. Trudny proces. Męczący. Ale i spełniający. Wyjątkowy...


27 czerwca 2017

Uważność

Dni mijają. Od mojego ostatniego posta upłynęły ponad dwa miesiące. W tym czasie mąż zdążył zmienić pracę, dzieci urosnąć (włącznie z tą, która stale poszerza mój ciążowy brzuszek), a ja zdać egzaminy doktorskie i oczekiwać spokojnie na obronę, która nadejdzie już po rozwiązaniu...

Dni mijają i łatwo je rozmienić na drobne, na tysiące spraw ostatecznie wcale nie tak ważnych jak się pozornie wydają. Mam wrażenie, że trzeba stale budzić własne serce do uważności - na to, co nurtuje mnie samą, ale też tych, których kocham. By codzienność oraz wypełniające ją rozmowy nie były tylko zdawkowymi formami, czy prasówką na temat tego, co w świecie, co w internetach. 

Uświadomiłam sobie to ostatnio, m.in. gdy dni biegły trochę szybciej i gdy doszłam do wniosku, że rozmawiałam np. z synem przez te kilka dni niewiele. Nagle zaczęło mi brakować jego przemyśleń, jego wrażeń z przeżyć, które spotkały go danego dnia. Miałam wrażenie, że przestałam trzymać rękę na pulsie emocji jego małego-wielkiego serca. 

I tak rzeczywiście jest - mamy w sobie pragnienie, by prawdziwie spotykać innych ludzi. Prawdziwie - w ich naturalności, nie sztucznych, na pokaz, ale w ich "teraz", takim jakie ono jest. Ale takie spotkania wymagają z jednej strony odwagi prawdziwości, ale musi się też chcieć nam słuchać, chcieć być z drugim i wsłuchać się w niego, spotkać go. O ile łatwiej jest usiąść przed niewymagającym zaangażowania ekranem komputera, osnuć się  własnymi sprawami i potakiwać na zasłyszane słowa męża czy dzieci. O ile trudniej, ale treściwiej, dać swój czas, uwagę, spojrzenie i zasłuchanie się w ich emocje, prawdziwe potrzeby. Chcieć być "przy" i "z". 

Wtedy lepiej czuje się smak życia. Jak to świetnie ujął w jednej ze swoich piosenek Z. Wodecki, do twórczości którego ostatnio powracam - 

Wiem to, czuję - życie mnie nie mija
Obok Ciebie ważna każda chwila
Żyję znów, gdy jesteś tu
W obłoku snów
Piękny świat dziś znów ma sens
Naprawdę jest to takie proste

Bo nieważne jak proste jest życie, które przeżywamy. Ważne jest jak i z kim ono płynie i kto nadaje mu ważności.
Nie ukrywam, że własnie takie podejście usensownia również moje życie - na pozór bardzo proste, bo przeżywane głównie w domu, przy mężu, dzieciach - wkrótce przy kolejnym. Oczywiście - monotonia zawsze filuje przy drzwiach, by się wprosić. Jest tuż za rogiem gotowa wmawiać, że "co to za życie"... 
Ale mimo różnych chwil zniechęcenia czy poczucia jednostajności, których przecież nie brakuje, staram się walczyć z nimi tym, co ważne. Poczuciem sensu tego, co robię dla rodziny, ale też dla siebie - moich osobistych pasji zw. m.in. z praca naukową, z blogiem.




W tym sensie wierzę, że uważność życia, jeśli ją praktykujemy i ćwiczymy w sobie, może stać się  swoistym remedium, zaradzającym chwilom trudnym, których nie brak nikomu z nas. 
Dla mnie uważność ta rodzi się również z ciszy, modlitwy, dobrej lektury, z jakiegoś wewnętrznego dialogu z sobą samą. Ale każdy z nas może mieć własne źródło takiej uważności. Karmmy nasze serce tym, co duchowo wysokokaloryczne i nie przechodźmy na dietę od tego, co głębokie i ambitne. I wcale nie musi to coś być patetyczne, oderwane od prawdziwego życia. Bo to, co ważne dzieje się w prostocie. 

Gdyż jak pisał Wojtyła:

Jeśli miłość największa w prostocie,
a pragnienie najprostsze w tęsknocie.
więc nie dziw, że pragnął Bóg,
aby najprostsi Go przyjęli,
ci, którzy duszę mają z bieli,
a dla miłości swej nie znają słów. 

                                                     (z Pieśni o słońcu niewyczerpanym)







20 kwietnia 2017

Dni jednakowe. Błogosławione.

Kto tu od czasu do czasu zagląda, zapewne zauważył, że "szaleńcza" ;) częstotliwość postów jest  w Raptularzu jeszcze mniejsza niż zwykle..

Rzeczywiście. To przedziwne, ale mam dość nietypowy etap może nie tyle odejścia od blogowania, ile braku naglącej potrzeby pisania. Nie chodzi tu nawet o brak inspiracji, ile o niekonieczność dzielenia się nimi na forum... Czy to coś w rodzaju chęci "ukrycia się"? Nie wiem... o samy, ukryciu w moim życiu pisałam już kiedy indziej: https://raptularius-matris.blogspot.com/2016/03/w-ukryciu.html ...

...być może wynika to z mojego stanu - ciąża (przede mną trzeci trymestr) skłania, mam wrażenie, jeszcze bardziej do myślenia o ukrytej rzeczywistości życia. Chyba wiele rzeczy przeżywam prościej; jednakowość dni przestała być przeszkodą, i już - jak dawno - cieszy mnie ich zwyczajna prostota. Rytuał codzienności (być może chwilowo? ale jednak) przestał być "ciężarem" i znajduję jakąś dziwną radość w codziennej "monotonii". Odprowadzanie syna do przedszkola, szykowanie śniadania, ogarnianie mieszkania, gotowanie obiadu, w międzyczasie zabawy z córką, wspólny z nią spacer po syna, potem wspólny rodzinny obiad, czas razem z mężem i dziećmi, a potem wieczorne lądowania dzieci, a jako "kropka nad i" czas z mężem lub nieco bardziej indywidualnie, jak choćby teraz, przy komputerze... 

Oczywiście, te dni, których plan jest zazwyczaj podobny do tego powyżej, różnią się od siebie czy to intensywnością czy to nieprzewidywalnością zdarzeń, a jednak są wyjątkowe jednakowością, ale taką dobrze rozumianą - przeżywaną wewnętrznie i połączoną ze smakowaniem chwil. Rzecz jasna nie brakuje wśród nich codziennych jakichś trudności, posuch czy pustyń, a jednak cieszą. I jakoś sycą.

Nie wiem nawet z czego to wynika? Ze wspomnianego "stanu błogosławionego", z nieplanowanej zmiany nastawienia, z otwarcia oczu serca na codzienne cuda, które dzieją się zwyczajnie - gdy dzieci przytulają się do brzuszka nie mogąc doczekać się "nadchodzącej" siostry, gdy patrzysz na ich zabawy, na ich małe radości, nawet gdy o 19.oo ich niegasnący entuzjazm i siły, które nie wiesz, skąd oni jeszcze wtedy biorą, czasem są dla ciebie wyzwaniem, bo chciałabyś już po prostu iść spać... Gdy widzisz w oczach tego, którego kochasz, wzajemność i czułość. Gdy to wszystko staje się tak zwyczajnie, że aż uświadamiasz sobie, że to jest właśnie w życiu najbardziej niezwyczajne. Gdy miłość zmienia ci perspektywę. Gdy chwile nabierają nowego znaczenia i nadają spójności dniom...

Trochę jak w piosence Turnaua "Tyniec" - Cały świat jak w bursztynie, zamknięty w jednej chwili, czas te chwile jak Wisła opływa, omija, i wszystko trwa w bezruchu, chociaż wszystko płynie... 



A na dobranoc cytat, który już dawno skradł mi serce i który chciałabym, by coraz bardziej spełniał się w życiu:



Dobranoc :)


20 marca 2017

Jest dokładnie tym, kim miało być.

Zbliżają się dwa szczególne dni, poświęcone globalnie potrzebie poszerzenia świadomości społecznej na temat Zespołu Downa i autyzmu, w szeroko rozumianym jego spectrum.

Pierwszy obchodzimy jutro - 21 marca, drugi - 2 kwietnia.









Cieszę się, że te daty dość mocno wyryły się w "międzynarodowym kalendarzu" dat ważnych. Dobrze, że są środowiska, które chcą o tym opowiedzieć, zbliżyć do tej tematyki, uświadamiać. Które chcą zaprosić do świata tych, w przypadku których bądź narosło wiele mitów a czasem i niecelowych nieporozumień, wynikających nie zawsze ze złej woli, ale z braku wiedzy bądź obawy przed tym, jak być z człowiekiem czy to z Zespołem Downa czy autystycznym.

W kontekście tych dat próbowałam zastanowić się co mnie samej "mówią" te dni...

Poszłam jak zwykle trochę okrężną drogą w tym swoim myśleniu i doszłam do wniosku, że uczą  mnie nie tylko pewnej dawki wiedzy, informacji o tych kwestiach, ale na nowo także prostej, ale w dzisiejszych czasach, chyba nieco zapomnianej prawdy, o której za chwilę...

Mam czasem wrażenie, że w dobie rozwoju dokładności nauki, ale też idealizującej reklamy czy fotografii, akcentującej często w swoich wytworach to, co perfekcyjne, wielu rodziców podświadomie wpychanych jest do marzeń o dziecku idealnym. To znaczy nie zrozumcie mnie źle - z jednej strony każdy o takim marzy! - przecież kto normalnie myślący nie chciałby dla swojego dziecka, by było zdrowe, ładne, rumiane, mądre. Jak z obrazka. Jak ze słodkiej reklamy pieluszek, mleka modyfikowanego, czy zabawek... 

Podświadomie nastawia się przyszłych rodziców na  u d a n e  dzieci... Ale co znaczy to słowo?

Czy udane, to zgodne z naszymi wyobrażeniami? Z dziesiątka w skali APGAR? Takie które szybciutko uczy się mówić i chodzić? Zdrowe? Niepłaczliwe? Otwarte? Bezproblemowe? Jakie?...

A co jeśli jest ono mimo wszystko inne niż w pierwotnym wyobrażeniu, marzeniu przyszłych rodziców?

I tu wracam do wspomnianej "nieco zapomnianej prawdy", wywołanej kilka akapitów wcześniej - tj. że 21 marca i 2 kwietnia przypominają nam, że zarówno dzieci z Zespołem Downa jak i te, które przejawiają zaburzenia z tzw. spektrum autyzmu nie są nieidealne. Są takie, jakie miały być i oczekują, że będą chciane, kochane, akceptowane, nie osądzane, ale rozumiane.

Cytowałam już kilka razy na moim blogu słowa J. Ryan, że:



Gdy zaczynałam je cytować na blogu nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo okażą się prawdziwe dla nas, tak osobiście... Nie wiedziałam jeszcze wówczas, jak bardzo będą dotyczyć zwłaszcza mojego syna, u którego zdiagnozowano zaburzenia ze spektrum autyzmu w postaci ZA. Nie miejsce to i czas na to, by pisać szeroko o całej gamie uczuć i myśli, jaka mnie wówczas przeniknęła, ani o tym, jak przeżywamy to w codzienności. Jedno jest pewne - będąc mamą dziecka zarówno z ZA jak i bez mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że każde z nich jest idealne, takie jakie jest. Że ich różnorodność leczy mnie każdego dnia z wszelkich "chceń", "gdybań", stosowania trybu przypuszczającego w postaci "chciałabym, żeby moje dziecko było inne" etc. Nie! Nasza neurotypowa, jak to się fachowo nazywa, córka wnosi w naszą codzienność doświadczenie "klasycznego", biegnącego swoim rytmem jak gdyby książkowym, rozwoju, będąc w tym zarazem sobą, oryginalną i wyjątkową, a syn wnosi to samo piękno będąc autystykiem. Oboje wprowadzają nas za szczerą i piękną, acz nie zawsze dostępną i rozumianą przez innych, bramę bycia jedyną i jedynym w swoim rodzaju. Nas ucząc przez to bycia nowymi sobą, zmieniając w ludzi, którymi bez nich nie stalibyśmy się. Otwierając przed nami nowe ścieżki wzrastania, przekraczania siebie, a przede wszystkim kochania.


Niech te dni wyrzucą z naszej świadomości, że "ci" z Zespołem, z autyzmem, a także ich rodzice, rodziny, są jacyś gorsi, naznaczeni. Niech otworzą serca na to, by spróbować zrozumieć, niech zaowocują obecnością, chęcią poznania, akceptacji. 


Dobrą robotę w tym kierunku robi Marta Iwanowska-Polkowska, która także ma syna z ZA, i która także nie tylko sama uczy się, ale uczy i mnie i innych rodziców tego, jak swoje dzieci coraz lepiej rozumieć, ale także jak samemu się przy tym zmieniać, rozwijać. Jak być odważnym rodzicem, jak kochać co dzień co raz bardziej, ale także jak uświadamiać innych, by otworzyli się na chęć zrozumienia tego, kto wydaje się inny. Bez jej odwagi jeszcze jakiś czas temu nie miałabym śmiałości, by napisać tu o ZA mojego syna. Dziś wiem, że tej odwagi potrzeba, a temat nie jest "wstydliwy" - bo chodzi o moje dziecko - właśnie takie jakie miało ono być i o to, kim każdego dnia się staje, jak się zmienia, na tej naszej wspólnej drodze uczenia się siebie, rozumienia. Uświadamiania sobie, że idelność w tym się kryje. Nie w liczbie chromosomów, nie w byciu neurotypowym. W byciu tym, kim się jest. Po prostu.

Polecam Wam dwa wywiady z Martą i życzę dobrej nocy :)







21 lutego 2017

"Coś stałego, do czego się wraca jak do domu. Nie do mieszkania..."


Pliniusz pisał niegdyś, że zwyczaj jest najbardziej skutecznym nauczycielem. Te słowa przypominają mi się, gdy czytam czasem o dawnych polskich domach, dworkach lub gdy oglądam filmy kostiumowe obrazujące życie w dawnej Anglii, Francji, etc. Nie opuszcza mnie wtedy zauroczenie tradycjami, jakie wówczas panowały i zwyczajami, jakie posiadał każdy dom. I choć zwyczaj, tradycja kojarzą się nam zazwyczaj ze świętami, to mnie ujmuje w nich przede wszystkim coś innego:

Rytuał. Powtarzalność pewnych działań. Planowość.

Rytmiczność poranków. Codzienna wspólnota stołu. Rodzinne tradycje dotyczące spędzania popołudni, wieczorów, dni wolnych. Pewna dobrze rozumiana przewidywalność. Kultura bycia razem. Wzajemność rytmiczna i systematyczna obopólność.

Nie ukrywam, że zazdroszczę ludziom "dawnych czasów" tego wypracowanego rytmu codzienności. Być może dlatego, że sama jestem typem, który preferuje poukładanie i regularność?
Naszą rodzinę tworzymy już ponad 5 lat i sami nadal szukamy idealnego, rodzinnego rytuału. Kilka jego elementów udało nam się wypracować. Nad innymi pracujemy nadal. Codziennie razem staramy się jeść śniadanie, choć często odbywa się ono z wiadomych względów bardzo szybko. Obiad prawie zawsze jest wspólny, a kolacja w zależności od dnia. Stawiamy też na to, by codziennie wieczorem była chwila ciszy, bez telewizji i radia w tle, na wspólną rozmowę o tym, co kogo danego dnia spotkało i jakie uczucia przyniosły nam wydarzenia, w których uczestniczyliśmy. To tylko kilka przykładowych "tradycji".





Oczywiście - trudno byłoby zorganizować rodzinną codzienność według swego rodzaju monastycznego planu dnia, w którym każda godzina jest z góry zaplanowana, przeznaczona bądź na modlitwę, bądź na pracę, na rekreację i na odpoczynek. Aczkolwiek dostrzegam w tym planie dnia wielką mądrość. Jak i w pewnych zwyczajach, które pielęgnują niektóre wspólnoty, jak choćby w tzw. rewizji życia. Jest to spotkanie, które jest dla mnichów okazją do wymiany spostrzeżeń na temat życia danej wspólnoty, okazją do tego, by rozmawiać o tym, co warto zmienić, a co dopracować. Myślę, że w rodzinie podobnego rodzaju tradycja też mogłaby się świetnie sprawdzić. Oczywiście - może w rodzinie przybiera ona kształt nieco mniej sformalizowany, małżonkowie bądź cała rodzina np. spontanicznie omawiają jakieś szczegóły dotyczące tego, co domowe, wspólne. Ale faktem jest, że są rodziny, które takie tematy pomijają, żyjąc trochę z dnia na dzień, bez szczególnej refleksji nad sobą i swoim byciem razem w domu i poza nim... Tymczasem to właśnie nasze rodzinne zwyczaje mogą być tym, co będzie w naturalny sposób uczyło nasze dzieci kształtować w sobie dobrze rozumiane poukładanie, planowość, rytmiczność dni, poczucie bezpieczeństwa - nie nudne i przewidywalne, ale okraszone spontanicznością i radością :) 

A Wy macie jakieś codzienne małe-wielkie "tradycje", zwyczaje, które pielęgnujecie?

***

Przy okazji...

kiedyś popełniłam taki wpis o Herbercie.
Przypomniał mi się w kontekście tego postu. Zachęcam do lektury i posłuchania siostry Z. Herberta :)



Herbert miał mówić o sobie:

Nie znosiłem rozmów o korzeniach i dzieciństwie - przecież każdy ma jakiegoś tatę i jakąś mamę, skądś pochodzi. Dlatego kochałem mistyfikacje, lubiłem, gdy krążyły  o moim życiu najróżniejsze wersje, a ci biedni poloniści bili się między sobą, która jest prawdziwa. Urodziłem się 29 października 1924 r. we Lwowie przy ulicy Łyczakowskiej 55 m. 5. Moja mama Maria z Karniaków była ładną, pogodną i beztroską kobietą, która  zajmowała się wyłącznie domem  i dziećmi. Miałem starszą siostrę Halinkę i młodszego brata Januszka. Ojciec Bolesław Herbert – był dyrektorem banku, z wykształcenia prawnikiem, a z zamiłowania humanistą  i miłośnikiem  podróży. „Pana Tadeusza”, „Trylogię” i „Odyseję” poznaliśmy zanim nauczyliśmy się  czytać. Ojciec dbał także o nasze lwowskie  wychowanie patriotyczne - w niedziele obowiązkowo chodziliśmy na cmentarz Łyczakowski i  groby Orląt lwowskich . Od dziecka znakomicie naśladowałem głosy aktorów, recytowałem, przebierałem się i bawiłem w teatr. Mama myślała, że będę może aktorem, ale że poetą? W szkole byłem tylko średniakiem, interesowałem się głównie sportem,  i tak naprawdę  w ogóle się nie zapowiadałem...  
Ale choć poeta opowiadać o dzieciństwie nie lubił, to na szczęście opowiedziała o nim jego siostra. Uwielbiam takie wspomnienia... Czuje się posmak świata innego, w którym intensywność przeżyć - mimo braku tego, co dziś tę intensywność niektórym zastępuje (choćby telewizji, Internetu) - była mocna, a tę moc nadawała jej jakość międzyludzkich relacji wspólnie spędzany czas, kultura bycia ze sobą - prosta, a zarazem ambitna... Tę rozmowę z Haliną Herbert-Żebrowską odnalazłam dzisiaj, szukając czegoś "sytego" do posłuchania. Wywiad został nagrany przez radiową Dwójkę z okazji 90. rocznicy urodzin Z. Herbarta, która mijała w październiku zeszłego roku.

Myślę o tamtych czasach i domach z nostalgią, a zarazem z marzeniem, by trochę z tamtej kultury bycia rodziną, zaszczepiać w swojej rodzinie, by mimo tego, że nasze czasy są tak zewnętrznie różnie, zachować klasę i smak, jakie cechowały tamte rodziny. Wartości, obecność, rozmowy, lektury, tradycje, wymagania, czas. Aktywność fizyczna i duchowa. Miłość. Kto ma dwa kwadranse i chęć, by posłuchać o rodzinnych szczegółach lwowskich Herbertów, tego zapraszam do audycji dostępnej tutaj: http://www.polskieradio.pl/8/3869/Artykul/1271914,Halina-HerbertZebrowska-myslalam-ze-Zbigniew-to-nowa-zabawka.


10 lutego 2017

"Podziw i cześć, które miałem zawsze dla polskiej kobiety, wzrosły we mnie do ogromnej potęgi..."

Gdy w czasie kwerendy związanej z moją pracą naukową przyszło mi czytać wspomnienia zesłanych Polek i ich dzieci, miałam takie chwile, gdy krew mroziła mi się w żyłach, gdy chciałam rzucić książki w kąt pokoju i już do nich nie wracać, by nie musieć czytać tych historii, po których miewałam niezbyt dobre sny...

Ale po kilku dniach znów brałam te tomy do rąk i kontynuowałam lekturę...

Dla mnie była to na szczęście  t y l k o  lektura, dla nich było to prawdziwe życie, niestety. To one patrzyły na cierpienie i śmierć swoich najbliższych, to one pracowały w nieludzkich warunkach, by zapewnić kromkę chleba swym dzieciom, to one tęskniły za mężami, których losu często nie znały, to one czasem odchodziły na zawsze, choć nie chciały, bo choroba i śmierć okazywały się silniejsze, zostawiając z krwawiącym sercem na sowieckiej ziemi swoje opuszczone dzieci. To one. Nie podaję ich liczby - nie ważne bowiem już nawet ile ich było. Ważne, że historia każdej z nich jest jedyna i wyjątkowa. To historia miłości silnej, pięknej i odważnej...

O losie polskich matek i ich dzieci wysiedlonych w latach 1940-1941 napisano niemało. Nie chcąc więc wyważać w tym poście otwartych drzwi zachęcam Was po prostu do lektury - np. tego tekstu p. O. Zdybek - http://zeslaniec.pl/57/Zdybek.pdf.

Jednak tego wieczoru chciałabym krótko oddać głos samym deportowanym Polkom. Powierzam Wam kilka cytatów, które dla mnie stały się jakoś ważne, które szczególnie zapamiętałam...

10 lutego
popatrzcie na ich twarze (https://www.sybir.com.pl/pl/dziecisyberii)
posłuchajcie ich historii (https://www.sybir.com.pl/pl/opowiesci)
obejmijcie myślą
a jeśli macie czas, chęć - doczytajcie szerzej o tej przedziwnej karcie polskiej historii...









Wygnane o sobie i inni o wygnanych:

w drodze na zsyłkę:

„W pierwszych dniach września odprowadziłyśmy Ojca już przebranego w mundur oficerski na dworzec kolejowy. My, dzieci, byłyśmy zafascynowane jego odmiennym od codziennego wyglądem. Ojciec był przystojnym mężczyzną, wysokim, ok. 190 cm wzrostu, piwne oczy, szatyn, słuszna wyprostowana sylwetka. Pożegnałyśmy go wesoło, bo też nikt nie zdawał sobie sprawy, ze nigdy go nie zobaczymy. Ja miałam wówczas trzy lata i znam go jedynie z opowiadań mamy i nielicznych zdjęć w albumach rodzinnych (...). W czasie transportu podczas naszej deportacji pierwszy postój miał miejsce w Smoleńsku, 18 kwietnia. Żołnierze otworzyli drzwi wagonu i kazali kilku Polakom wyjść w celu przyniesienia wody. Mama zgłosiła się jako pierwsza, bo bardzo cierpiała na bóle głowy i brak powietrza. Kiedy oddaliła się znacznie od transportu, jeden z żołnierzy zaproponował jej by uciekła i zaklinał się, że nie będzie strzelał. Oczywiście mama odrzuciła propozycję, przecież czekały na nią dwie małe córeczki. Los jest nieprzewidywalny. Właśnie w tym samym dniu został nieopodal rozstrzelany [w Katyniu] nasz Ojciec”

 po dotarciu na miejsce zesłania:

„Uświadamiam sobie, że przedstawiamy żałosny widok: kobiety w różnym wieku, dzieci, starzy mężczyźni i tylko paru młodych chłopców a wszyscy brudni, przestraszeni, z garstką bagażu. (…) Nikt nie może myśleć o jutrze – jesteśmy wszyscy nerwowo wykończeni, wywiezieni na pustkowie, zdani na łaskę Boską. Czujemy się jakbyśmy dostali pałką w łeb” (D. Tęczarowska)
„Stacja nazywała się Smirnowo (…). Ziemia dookoła pokryta była brunatną trawą i suchymi resztkami roślin. (…) Szare twarze wygnańców, od wielu dni niemytych, wymęczonych podróżą i niewyspanych, tworzyły na tle otoczenia przygnębiający obraz, jakby zapowiedź losu, który czekał ich na tej ziemi. Zmęczenie, rozpacz i lęk przed przyszłością znalazły wreszcie ujście w płaczu. Alina i Marysia, stojąc w lasku brzozowym i patrząc przez drzewa na beznadziejny krajobraz, nawet nie ocierały łez płynących niepowstrzymanym strumieniem. Wtedy znalazła je mama i powiedziała: «Córeczki, wszędzie żyć musimy. Jesteśmy, chwała Bogu zdrowe, mamy ze sobą młodsze dzieci, o które trzeba zadbać i dużo ludzi, którym trzeba będzie pomóc. Musimy być silne” (G. Jonkajtys-Luba)

Wigilia 1941:

"Kobiety z wagonu kupiły przemarzniętą na kość kapustę i gotowały ją na piecyku. (…). Kiedy kapusta się ugotowała, okutani we wszelkie ubrania i płaszcze, zeszliśmy z prycz i zbliżyliśmy się do piecyka. (…) Kobiety składały sobie i dzieciom życzenia. Nie pamiętam, aby któraś życzyła powrotu do wolnej Polski. To było jeszcze zbyt dalekie i nierealne (…). Wśród życzeń i marzeń tych kobiet było przede wszystkim otrzymanie miejsca w jakiejś ziemiance oraz powrót mężów i ojców z więzień i łagrów (…). Role opłatka spełniał kawałeczek chleba, łamany na drobiny. (…). Tak minął wigilijny wieczór zesłańców (…). O czym mogły myśleć te usypiające kobiety-matki wywiezione w bezkresne stepy Kazachstanu za to tylko, że były Polkami? (…) O jednym na pewno myślały (…): jak utrzymać przy życiu przytulone dzieci"  

refleksje o postawie polskich kobiet, matek, ks. W. Cieńskiego, odwiedzającego w roku 1942 skupiska zesłanych Polaków w Związku Sowieckim:

„W domach polskich były przeważnie kobiety. Nieraz matka umarła, a młoda córka utrzymywała młodsze rodzeństwo. Często ojciec tak się załamał, że nie potrafił zająć się rodziną. Wśród wiejskiej ludności i osadników nie spotkałem ani razu niewiast, które by się załamały do tego stopnia” 
„Patrzyłem na nasze polskie niewiasty, na ich ducha, siłę i moc, a przy tym na ich niezłomną wiarę. Podziw i cześć, które miałem zawsze dla polskiej kobiety, wzrosły we mnie do ogromnej potęgi, a wraz z podziwem silne przekonanie, że wróg nie zwycięży Polski, póki mamy niewiasty takiej miary. Trzeba przyznać, że wśród naszego ludu takie kobiety tworzyły trzon. Towarzyszka naszej wędrówki należała do tego samego typu niewiast, z którymi tu się spotykaliśmy. W przeróżnych okolicznościach, jakie muszą powstawać w takiej włóczędze, dała dowody najsubtelniejszej delikatności niewieściej i taktu, a miała zaledwie 21 lat. Wyniosła te zalety z rodzinnego domu. (…) Wartości tych nie utraciła ani w czasie pobytu w więzieniu, ani w wojsku, ani w pracy szpitalnej”  
„Pozostało nam po tej wyprawie przekonanie, że kapłanką wiary w kole rodzinnym jest naprawdę kobieta, umiejąca w duszach sobie powierzonych pilnować sprawy Bożej i najszczytniejszych ziemskich ideałów: miłości Ojczyzny i prawdziwego patriotyzmu. Jeszcze nasza sprawa nie jest przegrana, bo wróg nie popsuł duszy polskiej niewiasty!” 


8 lutego 2017

przed 10. lutego [in memoriam 1940]


Polska.
Styczeń roku 2017. 
Od kilku lat bardzo łagodna, wraca w zasadzie dawno niewidziana - zima. Obfite opady śniegu byłyby może jeszcze znośne, zwłaszcza dla fanów sportów zimowych, miłośników białego szaleństwa albo dla dzieci, mogących nareszcie w czasie ferii pojeździć na sankach czy stoczyć bitwę na śnieżki, gdyby nie - mróz...
Takich temperatur już dawno bowiem w Polsce nie było - w niektórych województwach styczeń "poczęstował" nawet -30 stopniami Celsjusza... 
Kto "zakosztował" w zeszłym miesiącu tego śniegu i temperatur i ma "na świeżo" wspomnienie marznących rąk, mrozu szczypiącego w policzki i wychłodzonych, mimo ciepłych kozaków, stóp, niech wybierze się ze mną teraz do roku 1940..


Jest luty. Jesteśmy na Kresach pod sowiecką okupacją.
Na termometrach ponad -40 stopni, za oknami śniegowe zaspy i na zmianę subtelnie przechodzący z zadymki w zamieć śnieżny taniec...





A w wiejskich domach ludzie, Polacy. Choć w swoich domach, to nie z sercem spokojnym domową atmosferą i ciepłem bijącym z kaflowego pieca... Bo choć w swoich domach, to nie do końca w swojej ojczyźnie. Niepokoiła ich nie tylko śniegowa zawierucha, którą za oknami niósł mroźny wiatr. Niepokoiła przede wszystkim zawierucha wojenna, okupacyjna. Realia nowej, sowieckiej władzy na Kresach straszyły niepewnością, brutalnością. Wielu tkwiło w więzieniach, obozach jenieckich, jak ci, wzięci do niewoli w 1939... 

Wieczór 9 lutego 1940 r. mimo tych wszystkich zewnętrznych okoliczności, nie różnił się od poprzednich. Wielu położyło się spać nie tyle ze spokojnym (bo martwiącym się m.in. o nieznany los swoich najbliższych), ale niczego nie spodziewającym się sercem...

Tymczasem nad ranem w wielu kresowych domach rozległo się walenie do drzwi, któremu wtórował głos enkawudzistów.
Tej nocy na rozkaz Moskwy wywieziono z Polski pierwszych 140 tys. osób – głównie rodziny wojskowych, urzędników, pracowników służby leśnej i kolei ze wschodniej części kraju. Jedna trzecia deportowanych trafiła na północ europejskiej części Rosji, do obwodu archangielskiego i Komijskiej ASRS, wielu przesiedlono do Kraju Krasnojarskiego i obwodu omskiego na Syberii.


Dlaczego o tym piszę, zapytacie?
Nie bez powodu. Nie tylko dlatego, że m.in. z tymi wydarzeniami związany jest temat mojej dysertacji dok., ale także dlatego, że te wydarzenia z lutego 1940, a potem z kwietnia i czerwca tego samego roku oraz z lata 1941 (bo wtedy miały miejsce kolejne wywózki), mają dla mnie twarz polskich matek, które wojenny los wygnał z tego, co najbardziej swoje - z rodzinnych domów, gospodarstw, i którym bez żadnej ich winy, przyszło w kilkudziesięciu stopniowym mrozie podróżować w bydlęcych wagonach na miejsce swego zesłania, do dalekiej Rosji... To twarz polskich dzieci, ich serc pełnych strachu, niepewności, które ze swymi matkami przeszły tą ciernistą drogę...


Dziesiątego lutego opowiem wam ich historię... Do zobaczenia.






12 stycznia 2017

To „dziś” jest „naszym życiem”

Słuchając dzisiaj, przy popołudniowej proobiadowej działalności w kuchni, serwisu Radia Watykańskiego, zwróciłam uwagę na pierwszą wiadomość, w której komentowano poranną homilię papieża Franciszka, w której odnosił się on do słów "zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co zwie się «dziś», aby ktoś z was nie uległ zatwardziałości" (Hbr 7, 13).

Papież mówił: 
To „dziś” jest „naszym życiem”, „pełnym dni”, ale „po nim nie ma już powtórki, nie ma jutra" (...) Franciszek podkreślił, że w życiu mamy tylko jedno „dziś”, tymczasem grozi pokusa, by mówić „Tak, dobrze, zrobię to jutro”(...).
„Nie mówię tego po to, aby was przestraszyć - powiedział papież - ale aby po prostu powiedzieć, że nasze życie jest jednym «dziś»: dziś albo nigdy. To mam na myśli. (...)       I moje serce - jakie jest? Czy jest otwarte?
 
Przefiltrowałam szybko te słowa w głowie nie tylko w kluczu teologicznym, ale także macierzyńskim. Przefiltrowałam, pytając na ile, także jako mama, żyję tym, co "dziś"? Także w relacji z dziećmi. Każda/y z nas ma świadomość, jaką pokusą bywa np. odesłać dziecko ze słowem: "potem", "jutro", "za chwilę"... Oczywiście - nie chodzi o to, by być na każde zawołanie dziecka, posłusznie niczym na rozkaz, jaki trzeba wykonać tu i teraz. Chodzi mi raczej o wewnętrzną postawę - o nastawienie. Może warto dziś siebie zapytać czy moje "dziś" jako takie, ale także "dziś" z rodziną, z dziećmi, jest tym, co uważam za ważne, atrakcyjne, warte tego, by - jak mówi Marta Iwanowska-Polkowska - się nim #nażyć. Czy pierwszą reakcją serca np. na kolejne dziecięce prośby, zwracanie uwagi, przybieganie z dziecięcym entuzjazmem, jest także uwaga i entuzjazm, czy też poirytowanie, zniecierpliwienie, danie do zrozumienia, że ma się tysiąc ważniejszych spraw? Czy jest to serce, które charakteryzuje σκληροκαρδία - sklerokardia - tzw. zatwardziałość, twardość, nieczułość, przyzwyczajenie? Albo czekanie na "potem", na "jutro", na coś "ciekawszego"? Czy może to serce, które potrafi się cieszyć tym, co "dziś", nawet jeśli wypełnia owo "dziś" zwyczajność, to, co proste - m.in. dziecięca żywiołowość, spontaniczność, pragnienie spędzania z nami czasu, pragnienie naszej obecności .



Jako mama, spędzająca większość dnia z dziećmi widzę, że nietrudno byłoby się przyzwyczaić. Nietrudno byłoby uczynić swoje serce "twardym" np. na dziecięcą "natrętność", "nieustępliwość" - choćby w dzieleniu się swoimi małymi radościami. Bo "bycie w domu" z dziećmi nie jest niestety tym samym co "spędzanie z nimi czasu". Mogę być przecież w domu, bez przerwy coś robiąc - bo naczynia, bo pranie, bo obiad, bo moje sprawy - a dzieci? Mogą być obok, bawiąc się w większości same. Ale mogę też świadomie dawać swój czas, na konkretne zabawy, mogę dawać pomysły, inspirować. Ale jest jeszcze drugi aspekt związany z tą kwestią - jako mama staje mająca coś do zrobienia - czy to z zajęć domowych, naukowych i innych, mam świadomość, że czasem przybieganie maluchów co 5 minut może być w każdej kolejnej, wspólnej godzinie co najmniej irytujące i trzeba wykazać się dużą otwartością i świadomością niepowtarzalności chwili, by nie umknęła nam ona ze swoją wyjątkowością. Nie muszę tego tłumaczyć temu, kto spiesząc się z przygotowaniem np. czegoś w kuchni, co chwilę odwraca się, by pochwalić dzieci na zmianę przybiegające do 30 sekund, z nowymi rysunkami, pokolorowanymi przez siebie obrazkami, etc etc, i oczekującymi na uwagę, dobre słowo, pochwałę, przytulenie... 

Przywołany powyżej papież Franciszek, pytał kiedyś rodziców via Twitter:
Rodzice, czy umiecie „tracić czas” z waszymi dziećmi? To jedna z najważniejszych rzeczy, które możecie robić każdego dnia...
Traćmy. Trwońmy. Szastajmy. Dawajmy w nadmiarze. #Nażywajmy się. 
Dobranoc :)