20 kwietnia 2017

Dni jednakowe. Błogosławione.

Kto tu od czasu do czasu zagląda, zapewne zauważył, że "szaleńcza" ;) częstotliwość postów jest  w Raptularzu jeszcze mniejsza niż zwykle..

Rzeczywiście. To przedziwne, ale mam dość nietypowy etap może nie tyle odejścia od blogowania, ile braku naglącej potrzeby pisania. Nie chodzi tu nawet o brak inspiracji, ile o niekonieczność dzielenia się nimi na forum... Czy to coś w rodzaju chęci "ukrycia się"? Nie wiem... o samy, ukryciu w moim życiu pisałam już kiedy indziej: https://raptularius-matris.blogspot.com/2016/03/w-ukryciu.html ...

...być może wynika to z mojego stanu - ciąża (przede mną trzeci trymestr) skłania, mam wrażenie, jeszcze bardziej do myślenia o ukrytej rzeczywistości życia. Chyba wiele rzeczy przeżywam prościej; jednakowość dni przestała być przeszkodą, i już - jak dawno - cieszy mnie ich zwyczajna prostota. Rytuał codzienności (być może chwilowo? ale jednak) przestał być "ciężarem" i znajduję jakąś dziwną radość w codziennej "monotonii". Odprowadzanie syna do przedszkola, szykowanie śniadania, ogarnianie mieszkania, gotowanie obiadu, w międzyczasie zabawy z córką, wspólny z nią spacer po syna, potem wspólny rodzinny obiad, czas razem z mężem i dziećmi, a potem wieczorne lądowania dzieci, a jako "kropka nad i" czas z mężem lub nieco bardziej indywidualnie, jak choćby teraz, przy komputerze... 

Oczywiście, te dni, których plan jest zazwyczaj podobny do tego powyżej, różnią się od siebie czy to intensywnością czy to nieprzewidywalnością zdarzeń, a jednak są wyjątkowe jednakowością, ale taką dobrze rozumianą - przeżywaną wewnętrznie i połączoną ze smakowaniem chwil. Rzecz jasna nie brakuje wśród nich codziennych jakichś trudności, posuch czy pustyń, a jednak cieszą. I jakoś sycą.

Nie wiem nawet z czego to wynika? Ze wspomnianego "stanu błogosławionego", z nieplanowanej zmiany nastawienia, z otwarcia oczu serca na codzienne cuda, które dzieją się zwyczajnie - gdy dzieci przytulają się do brzuszka nie mogąc doczekać się "nadchodzącej" siostry, gdy patrzysz na ich zabawy, na ich małe radości, nawet gdy o 19.oo ich niegasnący entuzjazm i siły, które nie wiesz, skąd oni jeszcze wtedy biorą, czasem są dla ciebie wyzwaniem, bo chciałabyś już po prostu iść spać... Gdy widzisz w oczach tego, którego kochasz, wzajemność i czułość. Gdy to wszystko staje się tak zwyczajnie, że aż uświadamiasz sobie, że to jest właśnie w życiu najbardziej niezwyczajne. Gdy miłość zmienia ci perspektywę. Gdy chwile nabierają nowego znaczenia i nadają spójności dniom...

Trochę jak w piosence Turnaua "Tyniec" - Cały świat jak w bursztynie, zamknięty w jednej chwili, czas te chwile jak Wisła opływa, omija, i wszystko trwa w bezruchu, chociaż wszystko płynie... 



A na dobranoc cytat, który już dawno skradł mi serce i który chciałabym, by coraz bardziej spełniał się w życiu:



Dobranoc :)


20 marca 2017

Jest dokładnie tym, kim miało być.

Zbliżają się dwa szczególne dni, poświęcone globalnie potrzebie poszerzenia świadomości społecznej na temat Zespołu Downa i autyzmu, w szeroko rozumianym jego spectrum.

Pierwszy obchodzimy jutro - 21 marca, drugi - 2 kwietnia.









Cieszę się, że te daty dość mocno wyryły się w "międzynarodowym kalendarzu" dat ważnych. Dobrze, że są środowiska, które chcą o tym opowiedzieć, zbliżyć do tej tematyki, uświadamiać. Które chcą zaprosić do świata tych, w przypadku których bądź narosło wiele mitów a czasem i niecelowych nieporozumień, wynikających nie zawsze ze złej woli, ale z braku wiedzy bądź obawy przed tym, jak być z człowiekiem czy to z Zespołem Downa czy autystycznym.

W kontekście tych dat próbowałam zastanowić się co mnie samej "mówią" te dni...

Poszłam jak zwykle trochę okrężną drogą w tym swoim myśleniu i doszłam do wniosku, że uczą  mnie nie tylko pewnej dawki wiedzy, informacji o tych kwestiach, ale na nowo także prostej, ale w dzisiejszych czasach, chyba nieco zapomnianej prawdy, o której za chwilę...

Mam czasem wrażenie, że w dobie rozwoju dokładności nauki, ale też idealizującej reklamy czy fotografii, akcentującej często w swoich wytworach to, co perfekcyjne, wielu rodziców podświadomie wpychanych jest do marzeń o dziecku idealnym. To znaczy nie zrozumcie mnie źle - z jednej strony każdy o takim marzy! - przecież kto normalnie myślący nie chciałby dla swojego dziecka, by było zdrowe, ładne, rumiane, mądre. Jak z obrazka. Jak ze słodkiej reklamy pieluszek, mleka modyfikowanego, czy zabawek... 

Podświadomie nastawia się przyszłych rodziców na  u d a n e  dzieci... Ale co znaczy to słowo?

Czy udane, to zgodne z naszymi wyobrażeniami? Z dziesiątka w skali APGAR? Takie które szybciutko uczy się mówić i chodzić? Zdrowe? Niepłaczliwe? Otwarte? Bezproblemowe? Jakie?...

A co jeśli jest ono mimo wszystko inne niż w pierwotnym wyobrażeniu, marzeniu przyszłych rodziców?

I tu wracam do wspomnianej "nieco zapomnianej prawdy", wywołanej kilka akapitów wcześniej - tj. że 21 marca i 2 kwietnia przypominają nam, że zarówno dzieci z Zespołem Downa jak i te, które przejawiają zaburzenia z tzw. spektrum autyzmu nie są nieidealne. Są takie, jakie miały być i oczekują, że będą chciane, kochane, akceptowane, nie osądzane, ale rozumiane.

Cytowałam już kilka razy na moim blogu słowa J. Ryan, że:



Gdy zaczynałam je cytować na blogu nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo okażą się prawdziwe dla nas, tak osobiście... Nie wiedziałam jeszcze wówczas, jak bardzo będą dotyczyć zwłaszcza mojego syna, u którego zdiagnozowano zaburzenia ze spektrum autyzmu w postaci ZA. Nie miejsce to i czas na to, by pisać szeroko o całej gamie uczuć i myśli, jaka mnie wówczas przeniknęła, ani o tym, jak przeżywamy to w codzienności. Jedno jest pewne - będąc mamą dziecka zarówno z ZA jak i bez mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że każde z nich jest idealne, takie jakie jest. Że ich różnorodność leczy mnie każdego dnia z wszelkich "chceń", "gdybań", stosowania trybu przypuszczającego w postaci "chciałabym, żeby moje dziecko było inne" etc. Nie! Nasza neurotypowa, jak to się fachowo nazywa, córka wnosi w naszą codzienność doświadczenie "klasycznego", biegnącego swoim rytmem jak gdyby książkowym, rozwoju, będąc w tym zarazem sobą, oryginalną i wyjątkową, a syn wnosi to samo piękno będąc autystykiem. Oboje wprowadzają nas za szczerą i piękną, acz nie zawsze dostępną i rozumianą przez innych, bramę bycia jedyną i jedynym w swoim rodzaju. Nas ucząc przez to bycia nowymi sobą, zmieniając w ludzi, którymi bez nich nie stalibyśmy się. Otwierając przed nami nowe ścieżki wzrastania, przekraczania siebie, a przede wszystkim kochania.


Niech te dni wyrzucą z naszej świadomości, że "ci" z Zespołem, z autyzmem, a także ich rodzice, rodziny, są jacyś gorsi, naznaczeni. Niech otworzą serca na to, by spróbować zrozumieć, niech zaowocują obecnością, chęcią poznania, akceptacji. 


Dobrą robotę w tym kierunku robi Marta Iwanowska-Polkowska, która także ma syna z ZA, i która także nie tylko sama uczy się, ale uczy i mnie i innych rodziców tego, jak swoje dzieci coraz lepiej rozumieć, ale także jak samemu się przy tym zmieniać, rozwijać. Jak być odważnym rodzicem, jak kochać co dzień co raz bardziej, ale także jak uświadamiać innych, by otworzyli się na chęć zrozumienia tego, kto wydaje się inny. Bez jej odwagi jeszcze jakiś czas temu nie miałabym śmiałości, by napisać tu o ZA mojego syna. Dziś wiem, że tej odwagi potrzeba, a temat nie jest "wstydliwy" - bo chodzi o moje dziecko - właśnie takie jakie miało ono być i o to, kim każdego dnia się staje, jak się zmienia, na tej naszej wspólnej drodze uczenia się siebie, rozumienia. Uświadamiania sobie, że idelność w tym się kryje. Nie w liczbie chromosomów, nie w byciu neurotypowym. W byciu tym, kim się jest. Po prostu.

Polecam Wam dwa wywiady z Martą i życzę dobrej nocy :)







21 lutego 2017

"Coś stałego, do czego się wraca jak do domu. Nie do mieszkania..."


Pliniusz pisał niegdyś, że zwyczaj jest najbardziej skutecznym nauczycielem. Te słowa przypominają mi się, gdy czytam czasem o dawnych polskich domach, dworkach lub gdy oglądam filmy kostiumowe obrazujące życie w dawnej Anglii, Francji, etc. Nie opuszcza mnie wtedy zauroczenie tradycjami, jakie wówczas panowały i zwyczajami, jakie posiadał każdy dom. I choć zwyczaj, tradycja kojarzą się nam zazwyczaj ze świętami, to mnie ujmuje w nich przede wszystkim coś innego:

Rytuał. Powtarzalność pewnych działań. Planowość.

Rytmiczność poranków. Codzienna wspólnota stołu. Rodzinne tradycje dotyczące spędzania popołudni, wieczorów, dni wolnych. Pewna dobrze rozumiana przewidywalność. Kultura bycia razem. Wzajemność rytmiczna i systematyczna obopólność.

Nie ukrywam, że zazdroszczę ludziom "dawnych czasów" tego wypracowanego rytmu codzienności. Być może dlatego, że sama jestem typem, który preferuje poukładanie i regularność?
Naszą rodzinę tworzymy już ponad 5 lat i sami nadal szukamy idealnego, rodzinnego rytuału. Kilka jego elementów udało nam się wypracować. Nad innymi pracujemy nadal. Codziennie razem staramy się jeść śniadanie, choć często odbywa się ono z wiadomych względów bardzo szybko. Obiad prawie zawsze jest wspólny, a kolacja w zależności od dnia. Stawiamy też na to, by codziennie wieczorem była chwila ciszy, bez telewizji i radia w tle, na wspólną rozmowę o tym, co kogo danego dnia spotkało i jakie uczucia przyniosły nam wydarzenia, w których uczestniczyliśmy. To tylko kilka przykładowych "tradycji".





Oczywiście - trudno byłoby zorganizować rodzinną codzienność według swego rodzaju monastycznego planu dnia, w którym każda godzina jest z góry zaplanowana, przeznaczona bądź na modlitwę, bądź na pracę, na rekreację i na odpoczynek. Aczkolwiek dostrzegam w tym planie dnia wielką mądrość. Jak i w pewnych zwyczajach, które pielęgnują niektóre wspólnoty, jak choćby w tzw. rewizji życia. Jest to spotkanie, które jest dla mnichów okazją do wymiany spostrzeżeń na temat życia danej wspólnoty, okazją do tego, by rozmawiać o tym, co warto zmienić, a co dopracować. Myślę, że w rodzinie podobnego rodzaju tradycja też mogłaby się świetnie sprawdzić. Oczywiście - może w rodzinie przybiera ona kształt nieco mniej sformalizowany, małżonkowie bądź cała rodzina np. spontanicznie omawiają jakieś szczegóły dotyczące tego, co domowe, wspólne. Ale faktem jest, że są rodziny, które takie tematy pomijają, żyjąc trochę z dnia na dzień, bez szczególnej refleksji nad sobą i swoim byciem razem w domu i poza nim... Tymczasem to właśnie nasze rodzinne zwyczaje mogą być tym, co będzie w naturalny sposób uczyło nasze dzieci kształtować w sobie dobrze rozumiane poukładanie, planowość, rytmiczność dni, poczucie bezpieczeństwa - nie nudne i przewidywalne, ale okraszone spontanicznością i radością :) 

A Wy macie jakieś codzienne małe-wielkie "tradycje", zwyczaje, które pielęgnujecie?

***

Przy okazji...

kiedyś popełniłam taki wpis o Herbercie.
Przypomniał mi się w kontekście tego postu. Zachęcam do lektury i posłuchania siostry Z. Herberta :)



Herbert miał mówić o sobie:

Nie znosiłem rozmów o korzeniach i dzieciństwie - przecież każdy ma jakiegoś tatę i jakąś mamę, skądś pochodzi. Dlatego kochałem mistyfikacje, lubiłem, gdy krążyły  o moim życiu najróżniejsze wersje, a ci biedni poloniści bili się między sobą, która jest prawdziwa. Urodziłem się 29 października 1924 r. we Lwowie przy ulicy Łyczakowskiej 55 m. 5. Moja mama Maria z Karniaków była ładną, pogodną i beztroską kobietą, która  zajmowała się wyłącznie domem  i dziećmi. Miałem starszą siostrę Halinkę i młodszego brata Januszka. Ojciec Bolesław Herbert – był dyrektorem banku, z wykształcenia prawnikiem, a z zamiłowania humanistą  i miłośnikiem  podróży. „Pana Tadeusza”, „Trylogię” i „Odyseję” poznaliśmy zanim nauczyliśmy się  czytać. Ojciec dbał także o nasze lwowskie  wychowanie patriotyczne - w niedziele obowiązkowo chodziliśmy na cmentarz Łyczakowski i  groby Orląt lwowskich . Od dziecka znakomicie naśladowałem głosy aktorów, recytowałem, przebierałem się i bawiłem w teatr. Mama myślała, że będę może aktorem, ale że poetą? W szkole byłem tylko średniakiem, interesowałem się głównie sportem,  i tak naprawdę  w ogóle się nie zapowiadałem...  
Ale choć poeta opowiadać o dzieciństwie nie lubił, to na szczęście opowiedziała o nim jego siostra. Uwielbiam takie wspomnienia... Czuje się posmak świata innego, w którym intensywność przeżyć - mimo braku tego, co dziś tę intensywność niektórym zastępuje (choćby telewizji, Internetu) - była mocna, a tę moc nadawała jej jakość międzyludzkich relacji wspólnie spędzany czas, kultura bycia ze sobą - prosta, a zarazem ambitna... Tę rozmowę z Haliną Herbert-Żebrowską odnalazłam dzisiaj, szukając czegoś "sytego" do posłuchania. Wywiad został nagrany przez radiową Dwójkę z okazji 90. rocznicy urodzin Z. Herbarta, która mijała w październiku zeszłego roku.

Myślę o tamtych czasach i domach z nostalgią, a zarazem z marzeniem, by trochę z tamtej kultury bycia rodziną, zaszczepiać w swojej rodzinie, by mimo tego, że nasze czasy są tak zewnętrznie różnie, zachować klasę i smak, jakie cechowały tamte rodziny. Wartości, obecność, rozmowy, lektury, tradycje, wymagania, czas. Aktywność fizyczna i duchowa. Miłość. Kto ma dwa kwadranse i chęć, by posłuchać o rodzinnych szczegółach lwowskich Herbertów, tego zapraszam do audycji dostępnej tutaj: http://www.polskieradio.pl/8/3869/Artykul/1271914,Halina-HerbertZebrowska-myslalam-ze-Zbigniew-to-nowa-zabawka.


10 lutego 2017

"Podziw i cześć, które miałem zawsze dla polskiej kobiety, wzrosły we mnie do ogromnej potęgi..."

Gdy w czasie kwerendy związanej z moją pracą naukową przyszło mi czytać wspomnienia zesłanych Polek i ich dzieci, miałam takie chwile, gdy krew mroziła mi się w żyłach, gdy chciałam rzucić książki w kąt pokoju i już do nich nie wracać, by nie musieć czytać tych historii, po których miewałam niezbyt dobre sny...

Ale po kilku dniach znów brałam te tomy do rąk i kontynuowałam lekturę...

Dla mnie była to na szczęście  t y l k o  lektura, dla nich było to prawdziwe życie, niestety. To one patrzyły na cierpienie i śmierć swoich najbliższych, to one pracowały w nieludzkich warunkach, by zapewnić kromkę chleba swym dzieciom, to one tęskniły za mężami, których losu często nie znały, to one czasem odchodziły na zawsze, choć nie chciały, bo choroba i śmierć okazywały się silniejsze, zostawiając z krwawiącym sercem na sowieckiej ziemi swoje opuszczone dzieci. To one. Nie podaję ich liczby - nie ważne bowiem już nawet ile ich było. Ważne, że historia każdej z nich jest jedyna i wyjątkowa. To historia miłości silnej, pięknej i odważnej...

O losie polskich matek i ich dzieci wysiedlonych w latach 1940-1941 napisano niemało. Nie chcąc więc wyważać w tym poście otwartych drzwi zachęcam Was po prostu do lektury - np. tego tekstu p. O. Zdybek - http://zeslaniec.pl/57/Zdybek.pdf.

Jednak tego wieczoru chciałabym krótko oddać głos samym deportowanym Polkom. Powierzam Wam kilka cytatów, które dla mnie stały się jakoś ważne, które szczególnie zapamiętałam...

10 lutego
popatrzcie na ich twarze (https://www.sybir.com.pl/pl/dziecisyberii)
posłuchajcie ich historii (https://www.sybir.com.pl/pl/opowiesci)
obejmijcie myślą
a jeśli macie czas, chęć - doczytajcie szerzej o tej przedziwnej karcie polskiej historii...









Wygnane o sobie i inni o wygnanych:

w drodze na zsyłkę:

„W pierwszych dniach września odprowadziłyśmy Ojca już przebranego w mundur oficerski na dworzec kolejowy. My, dzieci, byłyśmy zafascynowane jego odmiennym od codziennego wyglądem. Ojciec był przystojnym mężczyzną, wysokim, ok. 190 cm wzrostu, piwne oczy, szatyn, słuszna wyprostowana sylwetka. Pożegnałyśmy go wesoło, bo też nikt nie zdawał sobie sprawy, ze nigdy go nie zobaczymy. Ja miałam wówczas trzy lata i znam go jedynie z opowiadań mamy i nielicznych zdjęć w albumach rodzinnych (...). W czasie transportu podczas naszej deportacji pierwszy postój miał miejsce w Smoleńsku, 18 kwietnia. Żołnierze otworzyli drzwi wagonu i kazali kilku Polakom wyjść w celu przyniesienia wody. Mama zgłosiła się jako pierwsza, bo bardzo cierpiała na bóle głowy i brak powietrza. Kiedy oddaliła się znacznie od transportu, jeden z żołnierzy zaproponował jej by uciekła i zaklinał się, że nie będzie strzelał. Oczywiście mama odrzuciła propozycję, przecież czekały na nią dwie małe córeczki. Los jest nieprzewidywalny. Właśnie w tym samym dniu został nieopodal rozstrzelany [w Katyniu] nasz Ojciec”

 po dotarciu na miejsce zesłania:

„Uświadamiam sobie, że przedstawiamy żałosny widok: kobiety w różnym wieku, dzieci, starzy mężczyźni i tylko paru młodych chłopców a wszyscy brudni, przestraszeni, z garstką bagażu. (…) Nikt nie może myśleć o jutrze – jesteśmy wszyscy nerwowo wykończeni, wywiezieni na pustkowie, zdani na łaskę Boską. Czujemy się jakbyśmy dostali pałką w łeb” (D. Tęczarowska)
„Stacja nazywała się Smirnowo (…). Ziemia dookoła pokryta była brunatną trawą i suchymi resztkami roślin. (…) Szare twarze wygnańców, od wielu dni niemytych, wymęczonych podróżą i niewyspanych, tworzyły na tle otoczenia przygnębiający obraz, jakby zapowiedź losu, który czekał ich na tej ziemi. Zmęczenie, rozpacz i lęk przed przyszłością znalazły wreszcie ujście w płaczu. Alina i Marysia, stojąc w lasku brzozowym i patrząc przez drzewa na beznadziejny krajobraz, nawet nie ocierały łez płynących niepowstrzymanym strumieniem. Wtedy znalazła je mama i powiedziała: «Córeczki, wszędzie żyć musimy. Jesteśmy, chwała Bogu zdrowe, mamy ze sobą młodsze dzieci, o które trzeba zadbać i dużo ludzi, którym trzeba będzie pomóc. Musimy być silne” (G. Jonkajtys-Luba)

Wigilia 1941:

"Kobiety z wagonu kupiły przemarzniętą na kość kapustę i gotowały ją na piecyku. (…). Kiedy kapusta się ugotowała, okutani we wszelkie ubrania i płaszcze, zeszliśmy z prycz i zbliżyliśmy się do piecyka. (…) Kobiety składały sobie i dzieciom życzenia. Nie pamiętam, aby któraś życzyła powrotu do wolnej Polski. To było jeszcze zbyt dalekie i nierealne (…). Wśród życzeń i marzeń tych kobiet było przede wszystkim otrzymanie miejsca w jakiejś ziemiance oraz powrót mężów i ojców z więzień i łagrów (…). Role opłatka spełniał kawałeczek chleba, łamany na drobiny. (…). Tak minął wigilijny wieczór zesłańców (…). O czym mogły myśleć te usypiające kobiety-matki wywiezione w bezkresne stepy Kazachstanu za to tylko, że były Polkami? (…) O jednym na pewno myślały (…): jak utrzymać przy życiu przytulone dzieci"  

refleksje o postawie polskich kobiet, matek, ks. W. Cieńskiego, odwiedzającego w roku 1942 skupiska zesłanych Polaków w Związku Sowieckim:

„W domach polskich były przeważnie kobiety. Nieraz matka umarła, a młoda córka utrzymywała młodsze rodzeństwo. Często ojciec tak się załamał, że nie potrafił zająć się rodziną. Wśród wiejskiej ludności i osadników nie spotkałem ani razu niewiast, które by się załamały do tego stopnia” 
„Patrzyłem na nasze polskie niewiasty, na ich ducha, siłę i moc, a przy tym na ich niezłomną wiarę. Podziw i cześć, które miałem zawsze dla polskiej kobiety, wzrosły we mnie do ogromnej potęgi, a wraz z podziwem silne przekonanie, że wróg nie zwycięży Polski, póki mamy niewiasty takiej miary. Trzeba przyznać, że wśród naszego ludu takie kobiety tworzyły trzon. Towarzyszka naszej wędrówki należała do tego samego typu niewiast, z którymi tu się spotykaliśmy. W przeróżnych okolicznościach, jakie muszą powstawać w takiej włóczędze, dała dowody najsubtelniejszej delikatności niewieściej i taktu, a miała zaledwie 21 lat. Wyniosła te zalety z rodzinnego domu. (…) Wartości tych nie utraciła ani w czasie pobytu w więzieniu, ani w wojsku, ani w pracy szpitalnej”  
„Pozostało nam po tej wyprawie przekonanie, że kapłanką wiary w kole rodzinnym jest naprawdę kobieta, umiejąca w duszach sobie powierzonych pilnować sprawy Bożej i najszczytniejszych ziemskich ideałów: miłości Ojczyzny i prawdziwego patriotyzmu. Jeszcze nasza sprawa nie jest przegrana, bo wróg nie popsuł duszy polskiej niewiasty!” 


8 lutego 2017

przed 10. lutego [in memoriam 1940]


Polska.
Styczeń roku 2017. 
Od kilku lat bardzo łagodna, wraca w zasadzie dawno niewidziana - zima. Obfite opady śniegu byłyby może jeszcze znośne, zwłaszcza dla fanów sportów zimowych, miłośników białego szaleństwa albo dla dzieci, mogących nareszcie w czasie ferii pojeździć na sankach czy stoczyć bitwę na śnieżki, gdyby nie - mróz...
Takich temperatur już dawno bowiem w Polsce nie było - w niektórych województwach styczeń "poczęstował" nawet -30 stopniami Celsjusza... 
Kto "zakosztował" w zeszłym miesiącu tego śniegu i temperatur i ma "na świeżo" wspomnienie marznących rąk, mrozu szczypiącego w policzki i wychłodzonych, mimo ciepłych kozaków, stóp, niech wybierze się ze mną teraz do roku 1940..


Jest luty. Jesteśmy na Kresach pod sowiecką okupacją.
Na termometrach ponad -40 stopni, za oknami śniegowe zaspy i na zmianę subtelnie przechodzący z zadymki w zamieć śnieżny taniec...





A w wiejskich domach ludzie, Polacy. Choć w swoich domach, to nie z sercem spokojnym domową atmosferą i ciepłem bijącym z kaflowego pieca... Bo choć w swoich domach, to nie do końca w swojej ojczyźnie. Niepokoiła ich nie tylko śniegowa zawierucha, którą za oknami niósł mroźny wiatr. Niepokoiła przede wszystkim zawierucha wojenna, okupacyjna. Realia nowej, sowieckiej władzy na Kresach straszyły niepewnością, brutalnością. Wielu tkwiło w więzieniach, obozach jenieckich, jak ci, wzięci do niewoli w 1939... 

Wieczór 9 lutego 1940 r. mimo tych wszystkich zewnętrznych okoliczności, nie różnił się od poprzednich. Wielu położyło się spać nie tyle ze spokojnym (bo martwiącym się m.in. o nieznany los swoich najbliższych), ale niczego nie spodziewającym się sercem...

Tymczasem nad ranem w wielu kresowych domach rozległo się walenie do drzwi, któremu wtórował głos enkawudzistów.
Tej nocy na rozkaz Moskwy wywieziono z Polski pierwszych 140 tys. osób – głównie rodziny wojskowych, urzędników, pracowników służby leśnej i kolei ze wschodniej części kraju. Jedna trzecia deportowanych trafiła na północ europejskiej części Rosji, do obwodu archangielskiego i Komijskiej ASRS, wielu przesiedlono do Kraju Krasnojarskiego i obwodu omskiego na Syberii.


Dlaczego o tym piszę, zapytacie?
Nie bez powodu. Nie tylko dlatego, że m.in. z tymi wydarzeniami związany jest temat mojej dysertacji dok., ale także dlatego, że te wydarzenia z lutego 1940, a potem z kwietnia i czerwca tego samego roku oraz z lata 1941 (bo wtedy miały miejsce kolejne wywózki), mają dla mnie twarz polskich matek, które wojenny los wygnał z tego, co najbardziej swoje - z rodzinnych domów, gospodarstw, i którym bez żadnej ich winy, przyszło w kilkudziesięciu stopniowym mrozie podróżować w bydlęcych wagonach na miejsce swego zesłania, do dalekiej Rosji... To twarz polskich dzieci, ich serc pełnych strachu, niepewności, które ze swymi matkami przeszły tą ciernistą drogę...


Dziesiątego lutego opowiem wam ich historię... Do zobaczenia.






12 stycznia 2017

To „dziś” jest „naszym życiem”

Słuchając dzisiaj, przy popołudniowej proobiadowej działalności w kuchni, serwisu Radia Watykańskiego, zwróciłam uwagę na pierwszą wiadomość, w której komentowano poranną homilię papieża Franciszka, w której odnosił się on do słów "zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co zwie się «dziś», aby ktoś z was nie uległ zatwardziałości" (Hbr 7, 13).

Papież mówił: 
To „dziś” jest „naszym życiem”, „pełnym dni”, ale „po nim nie ma już powtórki, nie ma jutra" (...) Franciszek podkreślił, że w życiu mamy tylko jedno „dziś”, tymczasem grozi pokusa, by mówić „Tak, dobrze, zrobię to jutro”(...).
„Nie mówię tego po to, aby was przestraszyć - powiedział papież - ale aby po prostu powiedzieć, że nasze życie jest jednym «dziś»: dziś albo nigdy. To mam na myśli. (...)       I moje serce - jakie jest? Czy jest otwarte?
 
Przefiltrowałam szybko te słowa w głowie nie tylko w kluczu teologicznym, ale także macierzyńskim. Przefiltrowałam, pytając na ile, także jako mama, żyję tym, co "dziś"? Także w relacji z dziećmi. Każda/y z nas ma świadomość, jaką pokusą bywa np. odesłać dziecko ze słowem: "potem", "jutro", "za chwilę"... Oczywiście - nie chodzi o to, by być na każde zawołanie dziecka, posłusznie niczym na rozkaz, jaki trzeba wykonać tu i teraz. Chodzi mi raczej o wewnętrzną postawę - o nastawienie. Może warto dziś siebie zapytać czy moje "dziś" jako takie, ale także "dziś" z rodziną, z dziećmi, jest tym, co uważam za ważne, atrakcyjne, warte tego, by - jak mówi Marta Iwanowska-Polkowska - się nim #nażyć. Czy pierwszą reakcją serca np. na kolejne dziecięce prośby, zwracanie uwagi, przybieganie z dziecięcym entuzjazmem, jest także uwaga i entuzjazm, czy też poirytowanie, zniecierpliwienie, danie do zrozumienia, że ma się tysiąc ważniejszych spraw? Czy jest to serce, które charakteryzuje σκληροκαρδία - sklerokardia - tzw. zatwardziałość, twardość, nieczułość, przyzwyczajenie? Albo czekanie na "potem", na "jutro", na coś "ciekawszego"? Czy może to serce, które potrafi się cieszyć tym, co "dziś", nawet jeśli wypełnia owo "dziś" zwyczajność, to, co proste - m.in. dziecięca żywiołowość, spontaniczność, pragnienie spędzania z nami czasu, pragnienie naszej obecności .



Jako mama, spędzająca większość dnia z dziećmi widzę, że nietrudno byłoby się przyzwyczaić. Nietrudno byłoby uczynić swoje serce "twardym" np. na dziecięcą "natrętność", "nieustępliwość" - choćby w dzieleniu się swoimi małymi radościami. Bo "bycie w domu" z dziećmi nie jest niestety tym samym co "spędzanie z nimi czasu". Mogę być przecież w domu, bez przerwy coś robiąc - bo naczynia, bo pranie, bo obiad, bo moje sprawy - a dzieci? Mogą być obok, bawiąc się w większości same. Ale mogę też świadomie dawać swój czas, na konkretne zabawy, mogę dawać pomysły, inspirować. Ale jest jeszcze drugi aspekt związany z tą kwestią - jako mama staje mająca coś do zrobienia - czy to z zajęć domowych, naukowych i innych, mam świadomość, że czasem przybieganie maluchów co 5 minut może być w każdej kolejnej, wspólnej godzinie co najmniej irytujące i trzeba wykazać się dużą otwartością i świadomością niepowtarzalności chwili, by nie umknęła nam ona ze swoją wyjątkowością. Nie muszę tego tłumaczyć temu, kto spiesząc się z przygotowaniem np. czegoś w kuchni, co chwilę odwraca się, by pochwalić dzieci na zmianę przybiegające do 30 sekund, z nowymi rysunkami, pokolorowanymi przez siebie obrazkami, etc etc, i oczekującymi na uwagę, dobre słowo, pochwałę, przytulenie... 

Przywołany powyżej papież Franciszek, pytał kiedyś rodziców via Twitter:
Rodzice, czy umiecie „tracić czas” z waszymi dziećmi? To jedna z najważniejszych rzeczy, które możecie robić każdego dnia...
Traćmy. Trwońmy. Szastajmy. Dawajmy w nadmiarze. #Nażywajmy się. 
Dobranoc :)




29 grudnia 2016

...wyrastamy z tylu dziwnych chwil...


" Drzewo stanowi ważny i wieloznaczny symbol. Od stworzenia świata los drzewa i życie człowieka są wzajemnie z sobą powiązane. Za sprawą dwóch rajskich drzew: drzewa życia i drzewa poznania dobra i zła – drzewo weszło do stałego repertuaru sakralnych symboli (...) Drzewo życia symbolizuje życie duchowe, wieczne szczęście i uzdrowienie moralne. Również w innych tradycjach religijnych można odnaleźć kult drzewa i poświęcone mu liczne mity (...). Drzewa od wieków towarzyszą człowiekowi. Na stałe wpisały się w naszą podświadomość. Psychologia głębi uznaje, że w podświadomości każdego człowieka jest obecny archetyp drzewa, a z jego struktury można odczytać formę psychiczną badanego. Nie można uciec od potężnych wpływów tego archetypu. W literaturze drzewo odgrywa znaczącą rolę i pojawia się w każdej epoce, a sposób jego opisywania jest nasycony bogatą symboliką i odwołuje się do rozmaitych kontekstów znaczeniowych "
(por. W. Kopaliński)









...wyrastamy z tylu dziwnych chwil,
jakby z głębiny faktów, zwyczajnych przecież i prostych.
Oto jesteśmy...
                                                                                              (K. Wojtyła)




Życie to wzrastanie z korzeni, niczym w przypadku drzewa, które nie mogłoby rosnąć, gdyby nie miało silnych, schowanych głęboko pod ziemią swoich drzewnych żył... 


Myśl o wyrastaniu z konkretnych korzeni przyszła mi na myśl w kulminacyjnym momencie Adwentu, gdy czyta się w ewangelię o rodowodzie Jezusa. Ten był ojcem tego, a tamten tamtego... Imię za imieniem, pokolenie za pokoleniem... A każdy i każda z wyszczególnionych w tej genealogii to osobna historia, osobny życiorys, ze wzlotami i upadkami, chwalebny, ale czasem także wstydliwy. 

Gdy ten rodowód czytałam pomyślałam - 

ja także  j e s t e m. Wyrastam z korzeni: z krwi przodków, z genów rodziców, wyrastam z ich i mojej historii, z chwil, sytuacji, doświadczeń... Mam zarazem świadomość o wielkości tajemnicy tego, że ze mnie także Ktoś wyrasta...

Rosnę. Wzrastam i pnę się... Rodzę liście i owoce. To tajemnica większa ode mnie samej. 

Myślę o tym także w kontekście kończącego się roku. Zamyka on w sobie kolejny słój drzewa, kolejny rok historii wzrastania. A zarazem otwiera miejsce na nowy "przyrost", na nowy słój, na nowe dni wzrastania.

Oby pięło się ku słońcu, szukając światła dla swoich liści, by się zazieleniły, może nawet wcześniej niż na astronomiczną wiosnę... 



12 grudnia 2016

Wojtyła - poemat "Matka"

Karol Wojtyła, fragmenty poematu Matka


2. SŁOWA, KTÓRE ROZRASTAJĄ SIĘ WE MNIE
Myśli nagle się odrywają od słów mówionych na głos,
od twarzy, na które cień pada z wysokich ścian.
Dźwiga się poziom ludzi, którzy nie dawniej jak wczoraj
wiedli ciche rozmowy –
w nich brzmiało echo dalekich i tylu bliskich zmian.
Mnie wyłączyła z tych rozmów pierwsza chwila zdumienia,
która świadczyła o Tobie – o Synu mojej miłości!
Ta chwila się dotąd pogłębia,
całe życie w nią się przemienia –
i pęka w oczach gasnących jak w kropli czystego wosku. 
Ta chwila całego życia raz doświadczona w słowie,
a dokąd mym ciałem się stała, karmiona we mnie krwią
i w uniesieniu noszona –
w moim sercu wzbierała cicho jak Nowy Człowiek,
gdy trwało zdumienie myśli i praca codzienna rąk. 
Ta chwila u swego szczytu jest znów tak samo świeża,
bo znów znajduje Ciebie – nie ma tylko tej kropli u rzęs,
w której promienie oczu topniały na chłodnym powietrzu
- ale za to znużenie ogromne już znalazło swe światło i sens.

3. ZDUMIENIE NAD JEDNORODZONYM
Owo światło przebijało z wolna poprzez zdarzenia codzienne,
do których przywykają od dziecka oczy i dłonie niewieście –
lecz z wolna w tych samych zdarzeniach taki blask się odsłonił niezmierny,
że dłonie się same związały, kiedy słowa zgubiły swą przestrzeń. 
Mój Synu – w tamtej mieścinie, gdzie ludzie znali nas razem,
mówiłeś do mnie „matko” – i nikt nie przejrzał w głąb
mijanych dnia każdego zdumiewających zdarzeń

- a życie twoje się zlało z życiem ludzi ubogich,
do których chciałeś należeć przez ciężką pracę rąk. 
Lecz ja wiedziałam, że światło, które snuje się w owych zdarzeniach
jak włókno iskry głębokie pod korą dni
jest Tobą.
Nie było ono ze mnie – 
a ileż więcej miałam Ciebie w tym blasku i w tym milczeniu,
niż miałam Ciebie z owocu ciała mojego i krwi.



4. SKUPIENIE DOJRZAŁE
Są takie chwile u matek, gdy tajemnicę człowieka
odsłania im w źrenicach pierwszy głęboki błysk
jakby dotknięcie serca za cienką falą wzroku –
pamiętam błyski takie, które minęły bez echa,
a we mnie miejsca starczyło na prostą zaledwie myśl. 
Synu mój trudny i wielki, Synu mój prosty,
przywykłeś we mnie na pewno do myśli wszystkich ludzi –

w cieniu tych myśli czekasz głębokiej chwili serca,
która się w każdym człowieku inaczej zaczyna
- a we mnie jest pełna matki –
i pełnią tą nigdy się nie utrudzi. 
Ty zaś taką chwilą objęty już nie zaznajesz zmian
i w taką wciągasz prostotę to wszystko, co we mnie zostało,
że jeśli matki w oczach swych dzieci błysk serca rozpoznają,
to ja w Twej Tajemnicy cała skupiona trwam


7 grudnia 2016

Mamo, nasyć swoje serce czyli o dorzucaniu do kominka


"Życie współczesne nie sprzyja refleksji. Cechuje je chroniczny pośpiech i brak czasu. Ostatnią deską ratunku jest dla wielu chwila skupienia porannego i wieczornego. Gdy go, najczęściej z własnej winy zabraknie, życie staje się zazwyczaj całkiem uzewnętrznione. Kto ma możność zajmowania się nauką i sztuką, znajduje w nich pewne elementy pogłębiające. Moje obecne życie także cierpi na uzewnętrznienie, pośpiech i brak czasu. Ratuje mnie jednak sama treść pracy, muszę się i ja liczyć z tym, że nie jest to samo mówić o Bogu, a przeżywać zjednoczenie z Nim. Tym cenniejsza jest każda chwila w życiu człowieka świeckiego" 

Te słowa zapisał w latach 60. bł. ks. Władysław Bukowiński, zapracowany apostoł Kazachstanu, który zdecydował się po latach uwięzienia w Związku Sowieckim z własnej woli pozostać na kazachstańskiej ziemi, by być z tymi, którym z zesłania wówczas do Polski wrócić się nie udało...

***


Nie zamierzam ubolewać w tym poście nad "dzisiejszymi czasami", które zdają się jeszcze bardziej (niż owe "dzisiejsze czasy" lat sześćdziesiątych, kiedy ten tekst był pisany), nie sprzyjać refleksji i ciszy. Chcę raczej w krótkiej chwili zastanowić się, jak te słowa sprawdzają się w przypadku mam, a zwłaszcza mnie samej...


Refleksyjnym typem byłam chyba od zawsze. Trawiłam fakty, wydarzenia, treść swoich myśli. Często, o czym już kiedyś pisałam, starałam się znajdować czas, by ogarnąć każdy mijający dzień. Wypracowałam sobie wówczas własny rytm czy sposób reflektowania nad sobą, nad wydarzeniami, próbując objąć je jakąś metha refleksją, która nie tylko z dnia na dzień, ale też z dystansu pomagała by mi patrzeć na życie. Starając się - by tak rzecz, nie skupiać się tylko na jednym z kamyczków mozaiki, ale widzieć ją co jakiś czas z góry, by rozumieć w jaką całość się ona układa. Pomagały mi w tym niezawodnie liczne książki, ale też obecność ludzi, rozmowy z nimi (to przedziwne, że nawet, gdy patrzymy z góry i wydaje nam się, że wszystkie elementy mozaiki są na swoim miejscu, potrzeba słowa "z Wysoka" ale też od drugiego człowieka, z głębi jego przenikliwości).


Gdy urodził się nasz syn, miałam ten moment pięknego zawirowania serca i myśli, gdy wszystko skupiało się na nim. Ten czas jest zawsze przedziwny! Ale dość szybko dostrzegłam, że i to muszę przetrawić sercem. Nie da się bowiem, w moim mniemaniu, iść z dnia w dzień, choćby był każdy z nich wyposażony w milion zachwytów nad dzieckiem, bez refleksji. Stąd też dość szybko tę refleksję ubrałam w słowa, w blog. By dzięki niemu widzieć macierzyństwo w rozciągłości i chować odnalezione w nim perły, jak najcenniejsze skarby.

To bardzo pomogło "higienie" moich myśli.
Czułam bowiem, że coś nie gra, gdy na pytanie "co u ciebie?" z automatu mówiłam tylko o dziecku (a potem o dzieciach, gdy w dwa lata później urodziłam córeczkę). Tzn. nie zrozumcie mnie źle. O dzieciach kocham mówić! Bo i dlaczego nie mówić o tych, których się kocha. Ale jako nie tylko mama, ale kobieta, czułam w sobie potrzebę karmienia myśli nie tylko macierzyństwem.


Stąd też wróciłam do kilku sprawdzonych sposobów jeszcze sprzed urodzenia dzieci.


Nie odkryję Ameryki, gdy wśród nich wymienię lekturę książek (choć w moim przypadku jeszcze do niedawna ze względu na zintensyfikowaną pracę naukową oscylowała ona wokół tematu drugiej wojny światowej - zazdrościłam czasem ludziom, których widziałam z "normalnymi" książkami w ręku, podczas, gdy ja wieczorami wracałam do deportacji, łagrów i więzień). Dobrze jest bowiem posilać się słowami innych, rozwijać dzięki ich przemyśleniom. Odświeżać swoje myśli i słownictwo.





Drugim sposobem jest słuchanie muzyki. Gdy studiowałam, codzienne (łącznie niemal dwugodzinne) docieranie na wydział umilało mi właśnie słuchanie. Dzięki temu przenosiłam się w inny, dźwiękowy świat i łaskotałam bębenki zarówno muzyką jak i audiobookami czy wykładami bądź konferencjami. Po urodzeniu dzieci ten nawyk także uległ modyfikacjom. Na dobrą sprawę najwięcej słucham... w samochodzie. Z dziećmi w domu czasem włączamy radio albo audiobooki (Mikołajek, Zezia i Giler, itp.), a czasem, którym dysponuję na indywidualne słuchanie, są wieczory, ale i one zdarzają się niezbyt często. Ma to jednak swoje plusy - pomaga mi to słuchać wyselekcjonowanych "nut", które lubię, które mnie nasycają, motywują.


Trzeci sposób to - cisza. Kiedyś podstawa mojego duchowego żywienia. Dziś - wyzwanie do uczenia się jej na nowo. Przyznaję  - gdy zostaję czasem sama, po pięciu latach zanurzenia w dziecięce śmiechy, hałasowania, i w ogóle stale utrzymujący się w domu mniej czy bardziej zestaw dźwięków rozmaitych, niełatwo wybrać ciszę. Podświadomie chciałabym coś włączyć, żeby coś mówiło/grało/działało. Odruch, by kliknąć play na youtubie, albo czerwonym przyciskiem uruchomić telewizor. Coraz częściej udaje mi się jednak tę chęć odeprzeć i dać sobie czas na bycie w ciszy, usłyszenie swoich myśli, wzięcie do ręki brewiarza, rozmowę ze sobą, z Bogiem. To mnie porządkuje, stawia do pionu, odciąga od wychylającej się z kąta bylejakości bądź zwyczajności, rozumianej jako bycie letnim, bez pasji, bez głębi. Tego potrzebuję.





Ostatnie, to reminiscencje. To ciekawe zjawisko. Nie wiem, czy ktoś z Was ma podobnie. Czasem jakiś zapach, widok, dźwięk, déjà vu, sprawia, że powraca jakaś myśl z przeszłości. Ten krótki impuls łączy moją pamięć z jakimś wydarzeniem/sytuacją z przeszłości, a czasem przypomina mi, jaka byłam w swoich dobrych momentach i jak gdyby motywuje mnie do dobra. Mircea Eliade pisał o takich chwilach:

"Im dłużej żyję, tym bardziej jestem przekonany, że (...) jakiś pejzaż, ulica, wydarzenie mają oczywiście swój własny, świeży urok, ale jednocześnie stanowią sygnał wywoławczy niezliczonych, drobnych wspomnień - czasem pozornie bez najmniejszego znaczenia, jednak wzruszających i w końcu cennych; i tak własnie odzyskuje się zapomniane czy zaniedbane fragmenty osobistej historii. W jakiś sposób przemierzając znane czy nieznane przestrzenie, podróżuję jednocześnie w przeszłości, w mojej własnej przestrzeni" 


To kilka z moich sposobów na to, by nie przechodzić bezwiednie z dnia w dzień. Cóż, wiadomo - mam takie wieczory, że ze zmęczenia zasypiam i rzeczywiście, przechodzę bezwiednie w nowy dzień. Ale na dłuższą metę tak się nie da. Trzeba swoje życie nie tylko przeżywać, ale i je "myśleć". Wydaje mi się, że każda mama oprócz dzieci musi mieć to swoje "coś", które pozwoli jej mieć serce napełnione treścią, tym, co ją nasyci, co nie pozwoli się wypalić wewnętrznemu płomieniowi, który każda z nas ma i niesie w sobie i obdziela nim innych, ale sama musi tez do tego "kominka" serca dorzucać nowe kawałki "drewna", by się nie wychłodzić, nie wygasić.





Tą przedzimową, kominkową analogią kończę, życząc Wam ciepła w sercu, niech ogrzewa Was i tych, których kochacie. Zbierajcie zapasy "opału", kolekcjonujcie drewienka, węgielki, papierki, które przejmą płonący już ogień.

Dobranoc!


obrazy za: pinterest.com

9 września 2016

2012 - 9 IX -2016

Leżałam przed momentem obok mojego synka, wpatrując się w jego twarz spowitą snem, chwilę wcześniej czytając mu na dobranoc Awanturę o Basię, odkrywając sama przy okazji na nowo tak piękny język Kornela Makuszyńskiego, gdy przypomniałam sobie, że równo 4 lata temu popełniłam  mniej więcej chyba w takiej wieczornej porze pierwszy wpis w Raptularzu mamy...

Och, to już 4. urodziny.
Dzień był tak intensywny, że prawie o tym zapomniałam...



I choć ostatnimi czasy rzadko tu bywam, to  jednak cieszę się z tego pisania, które ma już cztery lata. Tyle wzruszeń, radości, refleksji, zamyśleń zapisałam na tych "kartach". Wypisałam w nich wiele z pierwszych lat mojego macierzyństwa.

Było i jest warto zachować w słowach to, czym żyje serce, czym pulsuje, czym jest raptowne.

Parafrazując słowa Ewangelisty Jana (z J 20): I wiele innych spraw, których nie opisano w tym blogu, uczyniłam jako mama i wobec swoich dzieci, te zaś zapisałam, aby zachować przynajmniej niektóre i aby może po latach moje dzieci mogły się w nie wczytać i przypomnieć sobie ten odcień miłości, którym w najwcześniejszym dzieciństwie starałam się kolorować ich świat. Bo one nadały mojemu światu barwy wyjątkowe...

Dobranoc :)