W ukryciu.

Miałam już dawno opublikować ten post, ale doszłam do wniosku, że może odbierzecie go jako "użalanie się" nad sobą...
Jednak temat stale we mnie rezonuje. Wydarzenia życia i konteksty się zmieniają, ale to nadal wraca, może właśnie dlatego, że reflektuję go przez nowe sytuacje?

Oto post, który długo czekał na swój moment...

***



Moje życie dojrzewa w ukryciu.

Choć łączę w nim kilka ról - jestem przecież kobietą, żoną, mamą, studiuję na st. III stopnia, jeszcze jakiś czas temu pracowałam, robiąc w domu korekty książek - to jednak dzieją się one zwykle jakoś "przeźroczyście".

Przeźroczyście, to nie znaczy byle jak, niewidocznie lub że nie są warte dostrzeżenia. Nie.

Przecież choćby rola kobiety czy żony - zawsze wystawiona jest jakoś na widok publiczny, na dostrzeżenie, na ocenę, na ludzki wzgląd. Choćby w pierwszym kontakcie wzrokowym ludzie "weryfikują" wrażenie, czy jesteś 'kobietą kobiecą', zadbaną, bądź czy jesteś żoną czułą, przyjacielską, bliską mężowi etc. Abstrahuję od jakości tych ocen, mówię jedynie że są, czyli że to, co robię, robisz, jako kobieta choćby czy żona jest społecznie oceniane.

Tym bardziej jak się zdaje rola mamy. Mało jest tak ocenianych i obserwowanych przez innych ról. Mamy, chyba wiece co mam na myśli... ;) "Troskliwe" sąsiadki, mamy, teściowe, kuzynki, bywa że i koleżanki, które chcą wyrazić swoją opinię o - parafrazując P. Skargę - "skutecznym macierzyństwa sposobie".

I tak zaiste jest.

Chcę dziś jednak napisać o sobie mimo wszystko pod innym kątem tego, co niby widoczne, a jednak "przeźroczyste".

Scenariusz mojego, naszego, życia rozpisał się (oczywiście nie bezwolnie i deterministycznie;) tak że tuż po studiach aż do teraz "osiadłam" na już prawie cztery lata w domu. Miałam w tym czasie chwile piękne, ale też trudne. 

Przecierałam i przecieram szlaki. To znaczy pośród licznego grona znajomych-równolatków, byłam jedną z pierwszych, która urodziła dziecko. 

W tych początkach macierzyńskiego szlaku nie brakowało piękna - bo nic nie odda radości pierwszych uśmiechów, doświadczenia bezinteresownej miłości dziecka, bliskości, momentów bezcennych i zrozumiałych pewnie tylko dla nas rodziców, bo kto jak nie rodzic doceni, gdy dziecko odda Ci ostatni, bezcenny kawałeczek czekolady, albo da Ci najbardziej obśliniony buziak świata? Piękno zatem przydarzało się obficie każdego dnia. Ale nie brakowało też trudów. O nich już nieraz tu pisałam. Przemęczenie, liczne próby cierpliwości, potrzeba uchwycenia tysiąca i jednej rzeczy na raz, zwłaszcza gdy na świat przychodzi kolejne dziecko; oraz doświadczenie niezrozumienia przez tych, którzy dzieci jeszcze nie mieli, uszczypliwe czasem komentarze, patrzenie na Ciebie jak na wariatkę, która biega i uważa, żeby dzieci nie pozbijały drogich witryn czy zastawy u jednych czy drugich odwiedzanych rodzin... etc.. 

Powiecie - twój bądź wasz wybór. Nikt ci nie kazał być mamą jednego dziecka, czy dwójki maluchów. 

Oczywiście nikt. Na co się zatem "skarżę", kogo próbuję "obwinić"? 

Nikogo.

Zmagam się po prostu w sobie (a gdy się zmagam lubię ową wewnętrzną walkę przelać na papier), dlaczego wiele osób, czasem nawet bliskich, nie dostrzega i nie docenia, nie dowartościowuje mam takich jak ja? 
Moje życie nie jest "prestiżowe" - nie jestem (na razie;) na żadnym intratnym stanowisku, nie zarabiam dziesięciu tysięcy miesięcznie, od moich decyzji nie zależą fuzje banków, ani hossy i bessy na giełdzie.

Moje życie dokonuje się w ukryciu. 

Jestem żoną. Razem  z mężem dbam o jakość naszych relacji, o budowanie zrozumienia, jedności, wzrostu miłości wzajemnej.

Jestem matką*. Staram się otaczać dzieci miłością, troską. Ogarniam dom, zbijam gorączki, wycieram zabrudzone dłonie, dbam, żeby nie wylały na siebie gorącej herbaty, tłumaczę, tłumaczę, tłumaczę; czytam, usypiam, kąpię, pocieszam, kibicuję i dopinguję, wspieram, przytulam, dodaję odwagi, i robię tysiąc innych niedostrzegalnych rzeczy, które innym mogą nawet nie przejść przez myśl, że zrobić je trzeba, by wyrazić miłość, która w rodzicielskim życiu tłumaczy się jak chyba nigdzie indziej na język najdrobniejszych spraw, gestów, słów.


Do tego jestem studentką, a raczej doktorantką. Aby móc ukończyć swoją pracę, działam nocami - czytam, piszę rozdziały rozprawy, nie dosypiam. I oczywiście - możecie powiedzieć, więc po co narzekasz, po co się rozczulasz nad sobą, skoro obrałaś taką drogę?

Nie narzekam jednakże. Próbuję znów szukać światła. Bo przecież choć mój wysiłek taki ukryty i zaowocuje tak naprawdę dopiero za kilka miesięcy i może przyniesie upragnioną pracę, to jednak czasem boli, że w oczach świata jest jeśli nie niczym, to czymś bardzo słabym... Bo przecież nie wychodzę rano na obcasach do pracy, nie odbieram dziecka z przedszkola zagoniona, po ośmiu godzinach etatu, bo nie dostaję wypłaty za trud niewidoczny, nieprzeliczalny.
W oczach znajomych jestem kobietą, która siedzi w domu i od lat "się uczy" i tak na prawdę nie wiadomo po co studiuje zamiast iść do pracy już dziś... 

"Ja bym tak nie mogła się poświęcać" - powiedziała jedna z przedszkolnych mam, gdy dowiedziała się co robię i która od tamtej pory przy każdej okazji uszczypliwie pyta o to jak mi "idzie pisanie".

Nie o poświęcenie tu jednak chodzi. 
Bo miłość to nie poświęcenie, to dar z siebie, w którym nie powinno iść w pierwszym rzędzie o to, by być docenionym.
Choć ja jestem - najbardziej przez męża. 
Przez innych? Nie wiem. Ludzie bywają oszczędni w pochwałach, nawet gdy życie innych oceniają jako wartościowe i cenne właśnie.
Ale nie udaję, że nie potrzebuję docenienia. Nie dla pustej chwały, ale dla tego, by w samej sobie obronić sens właśnie takiej mojej drogi. Bo macierzyństwo nie jest jak kawałek kamienia* uchwyconego na zawsze, ani nie jest jak ten kamień niezmienne, pewne, stoickie. Macierzyństwo stale się, chyba zwłaszcza przed sobą, zdobywa, jak przyczółek w jednej z najważniejszych bitew swego życia. Trzeba je, zwłaszcza w momentach zmęczenia i skrajnego niedostrzeżenia przez innych, bronić, usensowniać, nacechowywać pewnością, treścią. Żeby nie popaść w rutynę, zmęczenie, wypalenie. Ale żeby doświadczać szczęścia z bycia mamą. A jest go chyba łatwiej doświadczać, gdy - nawet w momentach bardzo trudnych, gdy zmęczenie zwala cię z nóg, a dzieci jak na złość zaczynają się kłócić, zupa kipieć, a komputer psuje się zaraz przed tym, gdy masz oddać promotorowi następny rozdział... Jest łatwiej to wszystko przeżyć, gdy się wie, że dla kogoś poza tobą twój macierzyński wysiłek ma sens...

A więc po co cały ten wywód, zapytacie?

Może właśnie po to? Może piszę po to, by Was prosić, by umieć wzajemnie się chwalić, doceniać. 
Mówię oczywiście za siebie. No, może podpiszą się pod tym apelem mamy w podobnej sytuacji jak ja. Które mają świadomość jak świetne są, ale wydłużające się z różnych względów "bycie w domu" tę pewność przyćmiło. Nie wiem jak jest w przypadku mam, które pracują klasycznie - może one czują inaczej tę kwestię. Czują się mocniejsze poprzez sam fakt wychodzenia z domu, wyzwań i docenienia związanego z obszarem pracy (awans, premia, etc)... Może któraś z Was będzie chciała się podzielić?



Proszę, bądźcie blisko siebie, doceńcie, pochwalcie. Dodajcie nam wiary, że to ma sens, zwłaszcza w chwilach, gdy wszystko nam się piętrzy, gdy cały świat zdaje się sprzysięgać przeciwko nam, gdy wydaje się, że już więcej nie poniesiemy. Uwierzcie, że jesteśmy inspirującymi kobietami, które potrafią zaskakiwać, które są zdolne, piękne, mądre, i nie definiujcie nas przez wymiar "siedzenia w domu"

Próbujmy się wzajemnie rozumieć, a jeśli nawet nie rozumieć, to być, dać dobre słowo, pamięć. Kochać. Zwłaszcza teraz, gdy przedświąteczny czas jest dobrym momentem, by się w tej umiejętności jeszcze bardziej wprawiać.


A świąt życzę Wam pięknych, słonecznych, a przede wszystkich napełnionych Nadzieją!



*rolę taty pomijam w tekście nie złośliwie - jedynie dlatego, że piszę o sobie, a nie o moim mężu. Więc gdy piszę, że np. wycieram zbrudzone łapki dzieci, to nie znaczy, że nie robi tego mąż mąż, a ich tata, ale dlatego, że dziś piszę tylko o sobie! :)

*jeśli już jesteśmy kamieniem to tym  z piosenki Meli Koteluk: 

Jestem, jestem kamykiem
Lecącym w twoje okno
Stukotem dziobu ptaka
W rytm alfabetu Morse'a
Niepodlewaną ziemią 
Złożoną topografią
Stopami, które boso 
Przeszły drogi szmat


Komentarze

  1. Super zawartość artykułu polecam do przejrzenia mojej strony z ciekawymi pomysłami :)zabawki

    OdpowiedzUsuń
  2. Co prawda, kończysz Joanno, apelem do kobiet, ale ogólnie temat dotyczy wszystkich, również mężczyzn. W moim życiu pojawiają się podobne okresy, które nazwałbym "jałowym przebiegiem". Dni upływają jednostajnie, na horyzoncie nic ekscytującego. Rodzą się pokusy, by coś szybko zmienić, poszukać pobudzających błyskotek. A tu zwyczajnie potrzebne są cierpliwość i absolutna pewność, że ożywcze przyspieszenie to tylko kwestia czasu. Mnie się to sprawdza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Piotrze. Pięknie to ubrałeś w słowa!
      Cierpliwość w oczekiwaniu na "ożywcze przyśpieszenie" nie jest prosta, ale uczy, że samo czekanie też może być dobre...
      Od czasu napisania tego postu upłynęło trochę dni. W międzyczasie dostrzegłam dobre strony właśnie takiego aktualnego profilu mojego macierzyństwa. Posmakowałam esencji. I chyba dobrze mi z tym.
      Dostrzegam w tym dobro moich dzieci, męża, ale też moje. Póki co mogę macierzyństwo, choć nie jest ono łatwe, smakować, pozwolić sobie na refleksję o nim, na "tracenie" czasu z dziećmi, na "trwonienie" chwil, gdy trawię każdy wspólny dzień wieczorem w swoim sercu. Pracujące mamy mają tego czasu pewnie mniej. One marzą może skrycie o "ożywczym spowolnieniu tempa". Kto wie.
      Ja coraz bardziej doceniam "teraz", i może to daje mi gotowość do otwarcia się na to, co przyniesie "potem"?

      Usuń
  3. Joasiu, ja natomiast postrzegam mamy wychodzące do pracy, jako te, które uciekają od swoich dzieci i rodzin. Skąd ten wniosek? Widziałam matki w klubiku, w którym pracowała, słyszałam ich wypowiedzi i uwierz mi, uważam, że nie ma bardziej heroicznego czynu niż świadomie, z wyboru wychowywać dzieci w domu, nie od święta.

    OdpowiedzUsuń
  4. I to jest to. Sama jestem taką mamą, która "siedzi" w domu (tylko nie piszę doktoratu, tylko co innego, ale to nie miejsce na to:), więc wszyscy (albo znaczna większość) uważa, że obrałam drogę marnowania się w domu jako kura domowa. Czyli nie dość, że "nic nie robię" i zbijam bąki, to jeszcze powinnam dodatkowo robić zawrotną karierę poza domem. Oczywiście, że kiedy człowiek może wyjść do ludzi bez dzieci raz na jakiś czas, to to odświeża psychikę, ale czy to jest wyznacznik wartościujący taką mamę?

    Ostatnio sobie myślałam, ze jeśli kobieta decyduje się zostać mamą, to godzi się na to ocenianie. I czasem mam wrażenie, że te codzienne Syzyfowe prace domowo-rodzinne, to całe nic-nie-robienie są niczym w porównaniu z tym, jaką krzywdę potrafią wyrządzić takie oceny...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Jak bardzo trzeba wybrać, aby urodzić..."

Życie poporodowe

Gdy życie z otwartym przewodem się kończy