7 grudnia 2016

Mamo, nasyć swoje serce czyli o dorzucaniu do kominka


"Życie współczesne nie sprzyja refleksji. Cechuje je chroniczny pośpiech i brak czasu. Ostatnią deską ratunku jest dla wielu chwila skupienia porannego i wieczornego. Gdy go, najczęściej z własnej winy zabraknie, życie staje się zazwyczaj całkiem uzewnętrznione. Kto ma możność zajmowania się nauką i sztuką, znajduje w nich pewne elementy pogłębiające. Moje obecne życie także cierpi na uzewnętrznienie, pośpiech i brak czasu. Ratuje mnie jednak sama treść pracy, muszę się i ja liczyć z tym, że nie jest to samo mówić o Bogu, a przeżywać zjednoczenie z Nim. Tym cenniejsza jest każda chwila w życiu człowieka świeckiego" 

Te słowa zapisał w latach 60. bł. ks. Władysław Bukowiński, zapracowany apostoł Kazachstanu, który zdecydował się po latach uwięzienia w Związku Sowieckim z własnej woli pozostać na kazachstańskiej ziemi, by być z tymi, którym z zesłania wówczas do Polski wrócić się nie udało...

***


Nie zamierzam ubolewać w tym poście nad "dzisiejszymi czasami", które zdają się jeszcze bardziej (niż owe "dzisiejsze czasy" lat sześćdziesiątych, kiedy ten tekst był pisany), nie sprzyjać refleksji i ciszy. Chcę raczej w krótkiej chwili zastanowić się, jak te słowa sprawdzają się w przypadku mam, a zwłaszcza mnie samej...


Refleksyjnym typem byłam chyba od zawsze. Trawiłam fakty, wydarzenia, treść swoich myśli. Często, o czym już kiedyś pisałam, starałam się znajdować czas, by ogarnąć każdy mijający dzień. Wypracowałam sobie wówczas własny rytm czy sposób reflektowania nad sobą, nad wydarzeniami, próbując objąć je jakąś metha refleksją, która nie tylko z dnia na dzień, ale też z dystansu pomagała by mi patrzeć na życie. Starając się - by tak rzecz, nie skupiać się tylko na jednym z kamyczków mozaiki, ale widzieć ją co jakiś czas z góry, by rozumieć w jaką całość się ona układa. Pomagały mi w tym niezawodnie liczne książki, ale też obecność ludzi, rozmowy z nimi (to przedziwne, że nawet, gdy patrzymy z góry i wydaje nam się, że wszystkie elementy mozaiki są na swoim miejscu, potrzeba słowa "z Wysoka" ale też od drugiego człowieka, z głębi jego przenikliwości).


Gdy urodził się nasz syn, miałam ten moment pięknego zawirowania serca i myśli, gdy wszystko skupiało się na nim. Ten czas jest zawsze przedziwny! Ale dość szybko dostrzegłam, że i to muszę przetrawić sercem. Nie da się bowiem, w moim mniemaniu, iść z dnia w dzień, choćby był każdy z nich wyposażony w milion zachwytów nad dzieckiem, bez refleksji. Stąd też dość szybko tę refleksję ubrałam w słowa, w blog. By dzięki niemu widzieć macierzyństwo w rozciągłości i chować odnalezione w nim perły, jak najcenniejsze skarby.

To bardzo pomogło "higienie" moich myśli.
Czułam bowiem, że coś nie gra, gdy na pytanie "co u ciebie?" z automatu mówiłam tylko o dziecku (a potem o dzieciach, gdy w dwa lata później urodziłam córeczkę). Tzn. nie zrozumcie mnie źle. O dzieciach kocham mówić! Bo i dlaczego nie mówić o tych, których się kocha. Ale jako nie tylko mama, ale kobieta, czułam w sobie potrzebę karmienia myśli nie tylko macierzyństwem.


Stąd też wróciłam do kilku sprawdzonych sposobów jeszcze sprzed urodzenia dzieci.


Nie odkryję Ameryki, gdy wśród nich wymienię lekturę książek (choć w moim przypadku jeszcze do niedawna ze względu na zintensyfikowaną pracę naukową oscylowała ona wokół tematu drugiej wojny światowej - zazdrościłam czasem ludziom, których widziałam z "normalnymi" książkami w ręku, podczas, gdy ja wieczorami wracałam do deportacji, łagrów i więzień). Dobrze jest bowiem posilać się słowami innych, rozwijać dzięki ich przemyśleniom. Odświeżać swoje myśli i słownictwo.





Drugim sposobem jest słuchanie muzyki. Gdy studiowałam, codzienne (łącznie niemal dwugodzinne) docieranie na wydział umilało mi właśnie słuchanie. Dzięki temu przenosiłam się w inny, dźwiękowy świat i łaskotałam bębenki zarówno muzyką jak i audiobookami czy wykładami bądź konferencjami. Po urodzeniu dzieci ten nawyk także uległ modyfikacjom. Na dobrą sprawę najwięcej słucham... w samochodzie. Z dziećmi w domu czasem włączamy radio albo audiobooki (Mikołajek, Zezia i Giler, itp.), a czasem, którym dysponuję na indywidualne słuchanie, są wieczory, ale i one zdarzają się niezbyt często. Ma to jednak swoje plusy - pomaga mi to słuchać wyselekcjonowanych "nut", które lubię, które mnie nasycają, motywują.


Trzeci sposób to - cisza. Kiedyś podstawa mojego duchowego żywienia. Dziś - wyzwanie do uczenia się jej na nowo. Przyznaję  - gdy zostaję czasem sama, po pięciu latach zanurzenia w dziecięce śmiechy, hałasowania, i w ogóle stale utrzymujący się w domu mniej czy bardziej zestaw dźwięków rozmaitych, niełatwo wybrać ciszę. Podświadomie chciałabym coś włączyć, żeby coś mówiło/grało/działało. Odruch, by kliknąć play na youtubie, albo czerwonym przyciskiem uruchomić telewizor. Coraz częściej udaje mi się jednak tę chęć odeprzeć i dać sobie czas na bycie w ciszy, usłyszenie swoich myśli, wzięcie do ręki brewiarza, rozmowę ze sobą, z Bogiem. To mnie porządkuje, stawia do pionu, odciąga od wychylającej się z kąta bylejakości bądź zwyczajności, rozumianej jako bycie letnim, bez pasji, bez głębi. Tego potrzebuję.





Ostatnie, to reminiscencje. To ciekawe zjawisko. Nie wiem, czy ktoś z Was ma podobnie. Czasem jakiś zapach, widok, dźwięk, déjà vu, sprawia, że powraca jakaś myśl z przeszłości. Ten krótki impuls łączy moją pamięć z jakimś wydarzeniem/sytuacją z przeszłości, a czasem przypomina mi, jaka byłam w swoich dobrych momentach i jak gdyby motywuje mnie do dobra. Mircea Eliade pisał o takich chwilach:

"Im dłużej żyję, tym bardziej jestem przekonany, że (...) jakiś pejzaż, ulica, wydarzenie mają oczywiście swój własny, świeży urok, ale jednocześnie stanowią sygnał wywoławczy niezliczonych, drobnych wspomnień - czasem pozornie bez najmniejszego znaczenia, jednak wzruszających i w końcu cennych; i tak własnie odzyskuje się zapomniane czy zaniedbane fragmenty osobistej historii. W jakiś sposób przemierzając znane czy nieznane przestrzenie, podróżuję jednocześnie w przeszłości, w mojej własnej przestrzeni" 


To kilka z moich sposobów na to, by nie przechodzić bezwiednie z dnia w dzień. Cóż, wiadomo - mam takie wieczory, że ze zmęczenia zasypiam i rzeczywiście, przechodzę bezwiednie w nowy dzień. Ale na dłuższą metę tak się nie da. Trzeba swoje życie nie tylko przeżywać, ale i je "myśleć". Wydaje mi się, że każda mama oprócz dzieci musi mieć to swoje "coś", które pozwoli jej mieć serce napełnione treścią, tym, co ją nasyci, co nie pozwoli się wypalić wewnętrznemu płomieniowi, który każda z nas ma i niesie w sobie i obdziela nim innych, ale sama musi tez do tego "kominka" serca dorzucać nowe kawałki "drewna", by się nie wychłodzić, nie wygasić.





Tą przedzimową, kominkową analogią kończę, życząc Wam ciepła w sercu, niech ogrzewa Was i tych, których kochacie. Zbierajcie zapasy "opału", kolekcjonujcie drewienka, węgielki, papierki, które przejmą płonący już ogień.

Dobranoc!


obrazy za: pinterest.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz