"Coś stałego, do czego się wraca jak do domu. Nie do mieszkania..."


Pliniusz pisał niegdyś, że zwyczaj jest najbardziej skutecznym nauczycielem. Te słowa przypominają mi się, gdy czytam czasem o dawnych polskich domach, dworkach lub gdy oglądam filmy kostiumowe obrazujące życie w dawnej Anglii, Francji, etc. Nie opuszcza mnie wtedy zauroczenie tradycjami, jakie wówczas panowały i zwyczajami, jakie posiadał każdy dom. I choć zwyczaj, tradycja kojarzą się nam zazwyczaj ze świętami, to mnie ujmuje w nich przede wszystkim coś innego:

Rytuał. Powtarzalność pewnych działań. Planowość.

Rytmiczność poranków. Codzienna wspólnota stołu. Rodzinne tradycje dotyczące spędzania popołudni, wieczorów, dni wolnych. Pewna dobrze rozumiana przewidywalność. Kultura bycia razem. Wzajemność rytmiczna i systematyczna obopólność.

Nie ukrywam, że zazdroszczę ludziom "dawnych czasów" tego wypracowanego rytmu codzienności. Być może dlatego, że sama jestem typem, który preferuje poukładanie i regularność?
Naszą rodzinę tworzymy już ponad 5 lat i sami nadal szukamy idealnego, rodzinnego rytuału. Kilka jego elementów udało nam się wypracować. Nad innymi pracujemy nadal. Codziennie razem staramy się jeść śniadanie, choć często odbywa się ono z wiadomych względów bardzo szybko. Obiad prawie zawsze jest wspólny, a kolacja w zależności od dnia. Stawiamy też na to, by codziennie wieczorem była chwila ciszy, bez telewizji i radia w tle, na wspólną rozmowę o tym, co kogo danego dnia spotkało i jakie uczucia przyniosły nam wydarzenia, w których uczestniczyliśmy. To tylko kilka przykładowych "tradycji".





Oczywiście - trudno byłoby zorganizować rodzinną codzienność według swego rodzaju monastycznego planu dnia, w którym każda godzina jest z góry zaplanowana, przeznaczona bądź na modlitwę, bądź na pracę, na rekreację i na odpoczynek. Aczkolwiek dostrzegam w tym planie dnia wielką mądrość. Jak i w pewnych zwyczajach, które pielęgnują niektóre wspólnoty, jak choćby w tzw. rewizji życia. Jest to spotkanie, które jest dla mnichów okazją do wymiany spostrzeżeń na temat życia danej wspólnoty, okazją do tego, by rozmawiać o tym, co warto zmienić, a co dopracować. Myślę, że w rodzinie podobnego rodzaju tradycja też mogłaby się świetnie sprawdzić. Oczywiście - może w rodzinie przybiera ona kształt nieco mniej sformalizowany, małżonkowie bądź cała rodzina np. spontanicznie omawiają jakieś szczegóły dotyczące tego, co domowe, wspólne. Ale faktem jest, że są rodziny, które takie tematy pomijają, żyjąc trochę z dnia na dzień, bez szczególnej refleksji nad sobą i swoim byciem razem w domu i poza nim... Tymczasem to właśnie nasze rodzinne zwyczaje mogą być tym, co będzie w naturalny sposób uczyło nasze dzieci kształtować w sobie dobrze rozumiane poukładanie, planowość, rytmiczność dni, poczucie bezpieczeństwa - nie nudne i przewidywalne, ale okraszone spontanicznością i radością :) 

A Wy macie jakieś codzienne małe-wielkie "tradycje", zwyczaje, które pielęgnujecie?

***

Przy okazji...

kiedyś popełniłam taki wpis o Herbercie.
Przypomniał mi się w kontekście tego postu. Zachęcam do lektury i posłuchania siostry Z. Herberta :)



Herbert miał mówić o sobie:

Nie znosiłem rozmów o korzeniach i dzieciństwie - przecież każdy ma jakiegoś tatę i jakąś mamę, skądś pochodzi. Dlatego kochałem mistyfikacje, lubiłem, gdy krążyły  o moim życiu najróżniejsze wersje, a ci biedni poloniści bili się między sobą, która jest prawdziwa. Urodziłem się 29 października 1924 r. we Lwowie przy ulicy Łyczakowskiej 55 m. 5. Moja mama Maria z Karniaków była ładną, pogodną i beztroską kobietą, która  zajmowała się wyłącznie domem  i dziećmi. Miałem starszą siostrę Halinkę i młodszego brata Januszka. Ojciec Bolesław Herbert – był dyrektorem banku, z wykształcenia prawnikiem, a z zamiłowania humanistą  i miłośnikiem  podróży. „Pana Tadeusza”, „Trylogię” i „Odyseję” poznaliśmy zanim nauczyliśmy się  czytać. Ojciec dbał także o nasze lwowskie  wychowanie patriotyczne - w niedziele obowiązkowo chodziliśmy na cmentarz Łyczakowski i  groby Orląt lwowskich . Od dziecka znakomicie naśladowałem głosy aktorów, recytowałem, przebierałem się i bawiłem w teatr. Mama myślała, że będę może aktorem, ale że poetą? W szkole byłem tylko średniakiem, interesowałem się głównie sportem,  i tak naprawdę  w ogóle się nie zapowiadałem...  
Ale choć poeta opowiadać o dzieciństwie nie lubił, to na szczęście opowiedziała o nim jego siostra. Uwielbiam takie wspomnienia... Czuje się posmak świata innego, w którym intensywność przeżyć - mimo braku tego, co dziś tę intensywność niektórym zastępuje (choćby telewizji, Internetu) - była mocna, a tę moc nadawała jej jakość międzyludzkich relacji wspólnie spędzany czas, kultura bycia ze sobą - prosta, a zarazem ambitna... Tę rozmowę z Haliną Herbert-Żebrowską odnalazłam dzisiaj, szukając czegoś "sytego" do posłuchania. Wywiad został nagrany przez radiową Dwójkę z okazji 90. rocznicy urodzin Z. Herbarta, która mijała w październiku zeszłego roku.

Myślę o tamtych czasach i domach z nostalgią, a zarazem z marzeniem, by trochę z tamtej kultury bycia rodziną, zaszczepiać w swojej rodzinie, by mimo tego, że nasze czasy są tak zewnętrznie różnie, zachować klasę i smak, jakie cechowały tamte rodziny. Wartości, obecność, rozmowy, lektury, tradycje, wymagania, czas. Aktywność fizyczna i duchowa. Miłość. Kto ma dwa kwadranse i chęć, by posłuchać o rodzinnych szczegółach lwowskich Herbertów, tego zapraszam do audycji dostępnej tutaj: http://www.polskieradio.pl/8/3869/Artykul/1271914,Halina-HerbertZebrowska-myslalam-ze-Zbigniew-to-nowa-zabawka.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Jak bardzo trzeba wybrać, aby urodzić..."

Życie poporodowe

Gdy życie z otwartym przewodem się kończy