10 lutego 2017

"Podziw i cześć, które miałem zawsze dla polskiej kobiety, wzrosły we mnie do ogromnej potęgi..."

Gdy w czasie kwerendy związanej z moją pracą naukową przyszło mi czytać wspomnienia zesłanych Polek i ich dzieci, miałam takie chwile, gdy krew mroziła mi się w żyłach, gdy chciałam rzucić książki w kąt pokoju i już do nich nie wracać, by nie musieć czytać tych historii, po których miewałam niezbyt dobre sny...

Ale po kilku dniach znów brałam te tomy do rąk i kontynuowałam lekturę...

Dla mnie była to na szczęście  t y l k o  lektura, dla nich było to prawdziwe życie, niestety. To one patrzyły na cierpienie i śmierć swoich najbliższych, to one pracowały w nieludzkich warunkach, by zapewnić kromkę chleba swym dzieciom, to one tęskniły za mężami, których losu często nie znały, to one czasem odchodziły na zawsze, choć nie chciały, bo choroba i śmierć okazywały się silniejsze, zostawiając z krwawiącym sercem na sowieckiej ziemi swoje opuszczone dzieci. To one. Nie podaję ich liczby - nie ważne bowiem już nawet ile ich było. Ważne, że historia każdej z nich jest jedyna i wyjątkowa. To historia miłości silnej, pięknej i odważnej...

O losie polskich matek i ich dzieci wysiedlonych w latach 1940-1941 napisano niemało. Nie chcąc więc wyważać w tym poście otwartych drzwi zachęcam Was po prostu do lektury - np. tego tekstu p. O. Zdybek - http://zeslaniec.pl/57/Zdybek.pdf.

Jednak tego wieczoru chciałabym krótko oddać głos samym deportowanym Polkom. Powierzam Wam kilka cytatów, które dla mnie stały się jakoś ważne, które szczególnie zapamiętałam...

10 lutego
popatrzcie na ich twarze (https://www.sybir.com.pl/pl/dziecisyberii)
posłuchajcie ich historii (https://www.sybir.com.pl/pl/opowiesci)
obejmijcie myślą
a jeśli macie czas, chęć - doczytajcie szerzej o tej przedziwnej karcie polskiej historii...









Wygnane o sobie i inni o wygnanych:

w drodze na zsyłkę:

„W pierwszych dniach września odprowadziłyśmy Ojca już przebranego w mundur oficerski na dworzec kolejowy. My, dzieci, byłyśmy zafascynowane jego odmiennym od codziennego wyglądem. Ojciec był przystojnym mężczyzną, wysokim, ok. 190 cm wzrostu, piwne oczy, szatyn, słuszna wyprostowana sylwetka. Pożegnałyśmy go wesoło, bo też nikt nie zdawał sobie sprawy, ze nigdy go nie zobaczymy. Ja miałam wówczas trzy lata i znam go jedynie z opowiadań mamy i nielicznych zdjęć w albumach rodzinnych (...). W czasie transportu podczas naszej deportacji pierwszy postój miał miejsce w Smoleńsku, 18 kwietnia. Żołnierze otworzyli drzwi wagonu i kazali kilku Polakom wyjść w celu przyniesienia wody. Mama zgłosiła się jako pierwsza, bo bardzo cierpiała na bóle głowy i brak powietrza. Kiedy oddaliła się znacznie od transportu, jeden z żołnierzy zaproponował jej by uciekła i zaklinał się, że nie będzie strzelał. Oczywiście mama odrzuciła propozycję, przecież czekały na nią dwie małe córeczki. Los jest nieprzewidywalny. Właśnie w tym samym dniu został nieopodal rozstrzelany [w Katyniu] nasz Ojciec”

 po dotarciu na miejsce zesłania:

„Uświadamiam sobie, że przedstawiamy żałosny widok: kobiety w różnym wieku, dzieci, starzy mężczyźni i tylko paru młodych chłopców a wszyscy brudni, przestraszeni, z garstką bagażu. (…) Nikt nie może myśleć o jutrze – jesteśmy wszyscy nerwowo wykończeni, wywiezieni na pustkowie, zdani na łaskę Boską. Czujemy się jakbyśmy dostali pałką w łeb” (D. Tęczarowska)
„Stacja nazywała się Smirnowo (…). Ziemia dookoła pokryta była brunatną trawą i suchymi resztkami roślin. (…) Szare twarze wygnańców, od wielu dni niemytych, wymęczonych podróżą i niewyspanych, tworzyły na tle otoczenia przygnębiający obraz, jakby zapowiedź losu, który czekał ich na tej ziemi. Zmęczenie, rozpacz i lęk przed przyszłością znalazły wreszcie ujście w płaczu. Alina i Marysia, stojąc w lasku brzozowym i patrząc przez drzewa na beznadziejny krajobraz, nawet nie ocierały łez płynących niepowstrzymanym strumieniem. Wtedy znalazła je mama i powiedziała: «Córeczki, wszędzie żyć musimy. Jesteśmy, chwała Bogu zdrowe, mamy ze sobą młodsze dzieci, o które trzeba zadbać i dużo ludzi, którym trzeba będzie pomóc. Musimy być silne” (G. Jonkajtys-Luba)

Wigilia 1941:

"Kobiety z wagonu kupiły przemarzniętą na kość kapustę i gotowały ją na piecyku. (…). Kiedy kapusta się ugotowała, okutani we wszelkie ubrania i płaszcze, zeszliśmy z prycz i zbliżyliśmy się do piecyka. (…) Kobiety składały sobie i dzieciom życzenia. Nie pamiętam, aby któraś życzyła powrotu do wolnej Polski. To było jeszcze zbyt dalekie i nierealne (…). Wśród życzeń i marzeń tych kobiet było przede wszystkim otrzymanie miejsca w jakiejś ziemiance oraz powrót mężów i ojców z więzień i łagrów (…). Role opłatka spełniał kawałeczek chleba, łamany na drobiny. (…). Tak minął wigilijny wieczór zesłańców (…). O czym mogły myśleć te usypiające kobiety-matki wywiezione w bezkresne stepy Kazachstanu za to tylko, że były Polkami? (…) O jednym na pewno myślały (…): jak utrzymać przy życiu przytulone dzieci"  

refleksje o postawie polskich kobiet, matek, ks. W. Cieńskiego, odwiedzającego w roku 1942 skupiska zesłanych Polaków w Związku Sowieckim:

„W domach polskich były przeważnie kobiety. Nieraz matka umarła, a młoda córka utrzymywała młodsze rodzeństwo. Często ojciec tak się załamał, że nie potrafił zająć się rodziną. Wśród wiejskiej ludności i osadników nie spotkałem ani razu niewiast, które by się załamały do tego stopnia” 
„Patrzyłem na nasze polskie niewiasty, na ich ducha, siłę i moc, a przy tym na ich niezłomną wiarę. Podziw i cześć, które miałem zawsze dla polskiej kobiety, wzrosły we mnie do ogromnej potęgi, a wraz z podziwem silne przekonanie, że wróg nie zwycięży Polski, póki mamy niewiasty takiej miary. Trzeba przyznać, że wśród naszego ludu takie kobiety tworzyły trzon. Towarzyszka naszej wędrówki należała do tego samego typu niewiast, z którymi tu się spotykaliśmy. W przeróżnych okolicznościach, jakie muszą powstawać w takiej włóczędze, dała dowody najsubtelniejszej delikatności niewieściej i taktu, a miała zaledwie 21 lat. Wyniosła te zalety z rodzinnego domu. (…) Wartości tych nie utraciła ani w czasie pobytu w więzieniu, ani w wojsku, ani w pracy szpitalnej”  
„Pozostało nam po tej wyprawie przekonanie, że kapłanką wiary w kole rodzinnym jest naprawdę kobieta, umiejąca w duszach sobie powierzonych pilnować sprawy Bożej i najszczytniejszych ziemskich ideałów: miłości Ojczyzny i prawdziwego patriotyzmu. Jeszcze nasza sprawa nie jest przegrana, bo wróg nie popsuł duszy polskiej niewiasty!” 


1 komentarz:

  1. Wzruszający tekst. Żebyśmy teraz mieli w Polsce takie kobiety, to Polska będzie się rozwijała.

    OdpowiedzUsuń